Witam Was, bardzo nielicznych!
Jestem już po sesji - i oficjalnie wczoraj, zaczęłam wakacje! W końcu!
Mam więcej czasu na pisanie, ale czy będę pisać zależy od wielu czynników. Ale nie ma się co zamartwiać na zapas. Bo na razie notka jest^^.
Jestem już po sesji - i oficjalnie wczoraj, zaczęłam wakacje! W końcu!
Mam więcej czasu na pisanie, ale czy będę pisać zależy od wielu czynników. Ale nie ma się co zamartwiać na zapas. Bo na razie notka jest^^.
Jak widać jest to kolejna notka z serii "Choroby..." - poprzednie są pod starym adresem bloga. Notkę zaczęłam pisać z nikłym pomysłem, ale napisałam i podoba mi się to co stworzyłam. Naprawdę! Nie umiem pisać w pierwszej osobie, ale myślę, że nie jest źle. Ale przekonajcie się sami i oceńcie!
Dodałam stary adres bloga po prawej stronie, tak jeśli ktoś, kiedykolwiek chciałby poczytać moje wcześniejsze wypociny.
Zapraszam do lektury ;*.
Dodałam stary adres bloga po prawej stronie, tak jeśli ktoś, kiedykolwiek chciałby poczytać moje wcześniejsze wypociny.
Zapraszam do lektury ;*.
*****
Nigdy nie
byłem zbyt wylewny, więc i tym razem pewnie nie będę. Właściwie po co? Sam nie
wiem. Nie lubię swoich stanów i jest mi cholernie ciężko, kiedy muszę
zastanowić się nad swoim zachowaniem, czy tam nawet swoim życiem. Te chwile
mnie wykańczają i sprawiają, że po prostu pogrążam się coraz bardziej. Bo przecież
od dawna siedzę w dole, z którego nie mogę się wydostać. Ciągle pogłębiam swój
własny dół, bo czuję, że tak trzeba. Czuję, że po prostu muszę, inaczej się
uduszę. A nie chcę się dusić. To uczucie może każdego wykończyć, nawet takiego
kogoś jak ja, który stara się pokazać, że jest niezniszczalny. A wcale przecież
nie jestem. Jestem jak wszyscy i jednocześnie nikt. Nie wiem, czy jest na
świecie druga osoba, która przeżywa to wszystko co ja. Mój dół jest coraz
głębszy. Czuję się, jakbym bawił się na plaży w kopanie dziur, by dokopać się
do wody. Teraz to nie jest zabawa w poszukiwaniu wody, a ucieczka od
przeznaczenia i świata, którym szczerze zacząłem gardzić.
Czasem ciężko podążać za swoim sercem.
Zmieniam
swoje przyzwyczajenia, bo muszę. Nie muszę, ale chcę. Podporządkowuję się
innym, by być na czasie? Nawet nie wiem czy tego właśnie pragnę. Nie czuję się
na siłach, by cokolwiek ze sobą zrobić. Nie mam odwagi, by schylić się i komuś
obcemu pomóc. Bo przecież mogą na mnie patrzeć, a ktoś taki nie może być
wrażliwy, odczuwać współczucia, bo to oznaka słabości. A ja nie mogę być słaby. Ale chyba jednak
jestem, bo brak asertywności zabija mnie powoli. Zabijał od zawsze, ale teraz
czuję, że z każdym moim brakiem sprzeciwu – umieram coraz bardziej, boleśniej.
Mój dół, ciągle się pogłębia i pogłębia, a ja nic nie robię, by wyrwać się z
niego. Nie potrafię sam sobie pomóc. Potrzebuję porządnego kopniaka w tyłek.
Tracę głowę dla drobnego błędu.
Tracę
siebie i zatracam swoje istnienie, bo bez Ciebie nie znaczę już nic. Mam pustkę
w głowie, myśli, w sercu i na duszy. A to wszystko ciągnie mnie w dół, a nie w
górę. Oczekuję pomocnej dłoni, ale ona nie pojawia się w zasięgu. Kopię swój dół
w dalszym ciągu i oczekuje szczęśliwego końca, gdzie dotrę do Ciebie. Nie
jestem taki silny, za jakiego uważają mnie wszyscy. Czuję się skrępowany tym
wszystkim, bo nie daję sobie rady. Wchodzą mi na głowę, a ja nic z tym nie
robię. Pozwalam – bo tak było zawsze i zawsze pewnie będzie. Ty dawałeś mi
oparcie i wiarę w to, że wszystko mogę przerwać, i w końcu przetrwać. Byłeś
wszystkim co miałem, o czym mogłem marzyć i śnić. To wszystko, czego
oczekiwałem było w Tobie. A teraz? Wszystko stracone. Czuję, że wali mi się
świat i tracę grunt pod stopami.
Im bardziej się staram, tym mniej mi
wychodzi.
Im więcej
chcę zrobić, im bardziej chcę korzystać ze swoich możliwości i kompetencji, tym
bardziej wszystko się psuje i chrzani. Przyzwyczaiłem się do tego. Ale nikt nie
zwraca uwagi na moje porażki, zawsze wywyższane były sukcesy. Porażki były
pomijane, jakby ich wcale nie było. A przecież były i dawały o sobie znać. A
ja? Ja skutecznie uciszałem swoje sumienie, które dawało się we znaki. Nie
miałem o co walczyć, skoro przy mnie nie było Ciebie. Straciłem moją ostoję i
bezpieczny port, w którym mogłem osiąść.
… odłożyłem prawdziwego siebie na półkę.
Moja
osobowość była do niczego, i ja byłem do niczego. Bezużyteczny ja, który na
wszystko się zgadza, bez wyjątku. Bo i po co się sprzeciwiać, skoro nie widzi
się w niczym sensu? Straciłem swoje poczucie godności i wiarę w siebie, w swoje
możliwości. Dół, który mnie chłonął był nie do pokonania, ale nie chciałem, by
dał się pokonać komuś tak słabemu, jak ja. Bo przecież w swoim życiu niczego
nie zrobiłem z własnej inicjatywy. Zawsze był ktoś krok przede mną, by mi pomóc
i wskazać drogę. Ty byłeś moim drogowskazem i światłem w tunelu. Dzięki Tobie
moje życie nie nadawało się już do śmieci. Nadawało się do ponownego użytku, by
z niego skorzystać i brać szczęście całymi garściami. Wtedy pojąłem znaczenie
słów, które mi powtarzałeś. Carpe diem! Wówczas wydawało mi się, że to wszystko
jest do zrobienia, że mogę tak żyć, nie martwiąc się o nic. Ale to były tylko
słowa, które teraz po Tobie zostały. Ciągle wspominam je z lekkim uśmiechem,
chociaż nie żyję już z tym przekazem. Nie potrafię. To dla mnie jest po prostu
niewykonalne. Zabijam się od środka ciągle tymi myślami, ale inaczej już nie
potrafię.
Wpatruję się w swoje odbicie w
lustrze...
Nie widzę
– patrząc, nie mówię – mówiąc, nie słyszę – słysząc. Dziwne, ale jakie prawdziwe.
Dokładnie oddaje całość mojego żywota, bo przecież inaczej być nie może. A może
i może? Nie wiem, czy chcę zmiany w swoim życiu. Dół, do którego się
przyzwyczaiłem jest mi niezmiernie pomocny. To on zabiera moje złe myśli i
pogłębia swoją dziurę. A ja się cieszę, bo mogę głębiej się zapadać, coraz
głębiej. Coraz ciężej będzie mnie z tego stanu wyciągnąć. Ale nikt nie poda
ręki takiemu nieudacznikowi, jakim jestem, mimo tego, że tak naprawdę posiadam
wszystko, o czym każdy śmiertelnik może marzyć. Nie potrafię patrzeć w
przyszłość, bo dla mnie przyszłość zawsze będzie taka sama, jak zawsze. Nie
zmienia się do kilku lat. Niezmienność mnie wykańcza. Chciałbym coś zmienić,
ale nie mam siły. Nie potrafię się sprzeciwić, kiedy wszyscy patrzą mi na ręce.
A to patrzenie właśnie, przewierca moją duszę i ciało na wskroś, a potem odbija
się echem w mojej głowie. Muszę być taki, jakim chcą, żebym był. Nie mogę się
zmienić. Dla innych jestem ideałem, ale czy dla siebie również? A skąd! Mogę
powiedzieć, że taki ze mnie ideał, jak z koziej dupy trąba. Do tego wyżarty
przez wszystko, praktycznie egzystujący.
Dlaczego to sobie robię?
To jest
dobre pytanie. Odpowiedź nasuwa mi się sama. Bo nie ma Ciebie, a bez Ciebie to
wszystko jest jeszcze bardziej bezsensu. Ta odpowiedź pewnie by Cię nie
usatysfakcjonowała, ale co mam zrobić, skoro Ciebie już nie ma? Straciłem
wszystko, co kochałem tak mocno i na czym mi naprawdę zależało. Ty byłeś
wszystkim, czego chciałem. Ale chcieć nie znaczy móc, jak widać. Miałem Cię
przez jakiś czas, a potem? Potem Cię mi zabrano. Odszedłeś, zginąłeś, umarłeś.
A ja wraz z Tobą odchodzę ciągle i ciągle, wciąż na nowo. Bo co to za życie,
kiedy nie ma się po co żyć? Dla kogo? To Ciebie spotkałem w najbardziej
odpowiednim momencie mojego życia. Mój dół by głęboki, nie widziałem już
niczego patrząc w górę. Piach spadał mi na głowę, a ja wyciągając ręce w górę –
szukałem pomocnej dłoni. Podałeś mi swoją rękę i trafiło na Ciebie. Zmieniłeś
moje życie i postawiłeś wszystko do góry nogami. Nie mam Ci tego za złe, wręcz
przeciwnie. To było coś, czego potrzebowałem, by w końcu zacząć żyć pełnią
życia. Mój dół z każdą chwilą, dniem, godziną, minutą, sekundą zmniejszał się
coraz bardziej. Aż PRAWIE zniknął. I wtedy stało się coś, czego się nie
spodziewałem. Nie pytałem co przyniesie mi jutro, bo nie chciałem wiedzieć.
Straciłem wszystko, na czym kiedykolwiek mi zależało. Bo jutro nigdy nie
nadeszło. Ciągle jest dzisiaj. W kółko nie mogę zapomnieć o tym co się stało i
przeżywam to od nowa, ciągle i ciągle, wciąż i wciąż. Dół pogłębił się dwa razy
bardziej niż wcześniej, jednak teraz nie wyciągam rąk. Nie chcę by ktoś mnie
ratował z tego wszystkiego, bo to jest dla mnie wszystkim. Odtwarzam wszystkie
wspomnienia związane z Tobą i przechowuję je w pamięci. Powtarzam je, jak
mantrę. Nie chcę ich stracić. Tylko one pozostały mi po Tobie.
Kim jesteś?
Kim?
Nikim. Osobą, którą znają wszyscy, a jednocześnie nikt. Pozwoliłem poznać
siebie, tylko Tobie. Zaufałem jedynie Tobie i tego nie zmienię. Tracę poczucie
własnej wartości. To przygnębiające, jak człowiek w kwiecie wieku może się tak
stoczyć? Nie chodzi mi tutaj o żaden alkohol, czy też inne używki. Stoczyłem
się w ciemną otchłań, która mnie ciągle pochłania. Mój dół rośnie w siłę, a ja
wciąż słabnę. Ale przecież tak to już bywa, z marnymi istotami, że marnieją i
słabną po pewnym czasie, kiedy kończy im się data przydatności. Kiedy na twarzy
dostrzegam kolejne zmarszczki i kolejne siwe włosy, wiem, że to co nieuniknione
jest coraz bliżej. Oczekuje tego momentu z wytchnieniem, bo wiem, że wówczas
ponownie się kochany spotkamy. Będziemy razem i już żadne przeszkody nas nie
rozdzielą. Bo wtedy nie będzie już przeszkód. Będziemy tylko i wyłącznie my.
Wszystko przestanie się liczyć i nie będę się martwił co przyniesie jutro,
którego już nigdy nie będzie. Wówczas cały czas stanie w miejscu tylko dla nas,
dla naszej miłości, która rozkwitała powoli, by nagle umrzeć śmiercią
tragiczną. Będziemy kwitnąć oboje w spełnieniu i nic nie będzie się liczyć,
tylko my. Nie mogę doczekać się tego momentu, by spojrzeć w Twoje oczy i
pocałować Cię. Ja mizerny!
A teraz
co mi pozostało? Czekać, aż ciemność mnie pochłonie, a mój dół całkowicie
zostanie zakopany, nie dając mi możliwości wyjścia. Czekam na dzień, kiedy się
spotkamy. A teraz będę żył z moją chorobą. Chorobą, zwaną miłością.
Jego
słowa odbijały się echem, wśród pustki, jaką można było zauważyć gołym okiem na
miejskim cmentarzu, gdzie pochowana została jego jedyna, prawdziwa miłość. Na
twarzy mężczyzny gościł lekki uśmiech, mimo łez, które płynęły po policzku. Czuł się lepiej, kiedy po wielu latach mógł wyrzucić z siebie to, co czuł. Szedł wąską uliczką w stronę swojego, zaparkowanego samochodu, nie odwracając się. Nie chciał patrzeć więcej na pomnik, na nim tych kilka liter i cyfr. Jedynie wnikliwy obserwator mógł zauważyć białą kopertę na jednym z pomników, którą ktoś wsunął pod znicz, by nie odleciała. A mężczyzna szedł powoli, ze łzami na policzkach i uśmiechem na ustach.
*****
I to byłoby na tyle.
Jest mi trochę smutno, że nikt z Was tego nie czyta i nie komentuje, ale co mam zrobić? Nikogo nie zmuszę do tego. Ale miło wiedzieć, że ktoś to czyta. A dobra, nie smęcę - mam dziwny humor. Może to przez alergię? Hmmm....
Słowa pisane z podkreśleniem to niektóre fragmenty z piosenki: Jessie J - Who You Are.
Notkę sprawdzałam Ja, gdyż chciałam ją dodać jak najszybciej. Za błędy bardzo przepraszam!
Niech Yaoi będzie z Wami xD.
*****
EDIT 14.07.2013
Notka, a w sumie cała historia, jest w trakcie przygotowania. Za około tydzień powinna pokazać się pierwsza notka. Chciałam napisać kilka rozdziałów, by mieć coś na zapas. Muszę w końcu skończyć zaczęte historie - których mam kilka^^. Tak więc, możecie oczekiwać nowej notki już niedługo :D.
*****
EDIT 14.07.2013
Notka, a w sumie cała historia, jest w trakcie przygotowania. Za około tydzień powinna pokazać się pierwsza notka. Chciałam napisać kilka rozdziałów, by mieć coś na zapas. Muszę w końcu skończyć zaczęte historie - których mam kilka^^. Tak więc, możecie oczekiwać nowej notki już niedługo :D.