28 cze 2013

Choroba, zwana miłością VIII.

Witam Was, bardzo nielicznych!
Jestem już po sesji - i oficjalnie wczoraj, zaczęłam wakacje! W końcu!
Mam więcej czasu na pisanie, ale czy będę pisać zależy od wielu czynników. Ale nie ma się co zamartwiać na zapas. Bo na razie notka jest^^.
Jak widać jest to kolejna notka z serii "Choroby..." - poprzednie są pod starym adresem bloga. Notkę zaczęłam pisać z nikłym pomysłem, ale napisałam i podoba mi się to co stworzyłam. Naprawdę! Nie umiem pisać w pierwszej osobie, ale myślę, że nie jest źle. Ale przekonajcie się sami i oceńcie!
Dodałam stary adres bloga po prawej stronie, tak jeśli ktoś, kiedykolwiek chciałby poczytać moje wcześniejsze wypociny.
Zapraszam do lektury ;*.
*****
Nigdy nie byłem zbyt wylewny, więc i tym razem pewnie nie będę. Właściwie po co? Sam nie wiem. Nie lubię swoich stanów i jest mi cholernie ciężko, kiedy muszę zastanowić się nad swoim zachowaniem, czy tam nawet swoim życiem. Te chwile mnie wykańczają i sprawiają, że po prostu pogrążam się coraz bardziej. Bo przecież od dawna siedzę w dole, z którego nie mogę się wydostać. Ciągle pogłębiam swój własny dół, bo czuję, że tak trzeba. Czuję, że po prostu muszę, inaczej się uduszę. A nie chcę się dusić. To uczucie może każdego wykończyć, nawet takiego kogoś jak ja, który stara się pokazać, że jest niezniszczalny. A wcale przecież nie jestem. Jestem jak wszyscy i jednocześnie nikt. Nie wiem, czy jest na świecie druga osoba, która przeżywa to wszystko co ja. Mój dół jest coraz głębszy. Czuję się, jakbym bawił się na plaży w kopanie dziur, by dokopać się do wody. Teraz to nie jest zabawa w poszukiwaniu wody, a ucieczka od przeznaczenia i świata, którym szczerze zacząłem gardzić.

Czasem ciężko podążać za swoim sercem.

Zmieniam swoje przyzwyczajenia, bo muszę. Nie muszę, ale chcę. Podporządkowuję się innym, by być na czasie? Nawet nie wiem czy tego właśnie pragnę. Nie czuję się na siłach, by cokolwiek ze sobą zrobić. Nie mam odwagi, by schylić się i komuś obcemu pomóc. Bo przecież mogą na mnie patrzeć, a ktoś taki nie może być wrażliwy, odczuwać współczucia, bo to oznaka słabości.  A ja nie mogę być słaby. Ale chyba jednak jestem, bo brak asertywności zabija mnie powoli. Zabijał od zawsze, ale teraz czuję, że z każdym moim brakiem sprzeciwu – umieram coraz bardziej, boleśniej. Mój dół, ciągle się pogłębia i pogłębia, a ja nic nie robię, by wyrwać się z niego. Nie potrafię sam sobie pomóc. Potrzebuję porządnego kopniaka w tyłek.

Tracę głowę dla drobnego błędu.

Tracę siebie i zatracam swoje istnienie, bo bez Ciebie nie znaczę już nic. Mam pustkę w głowie, myśli, w sercu i na duszy. A to wszystko ciągnie mnie w dół, a nie w górę. Oczekuję pomocnej dłoni, ale ona nie pojawia się w zasięgu. Kopię swój dół w dalszym ciągu i oczekuje szczęśliwego końca, gdzie dotrę do Ciebie. Nie jestem taki silny, za jakiego uważają mnie wszyscy. Czuję się skrępowany tym wszystkim, bo nie daję sobie rady. Wchodzą mi na głowę, a ja nic z tym nie robię. Pozwalam – bo tak było zawsze i zawsze pewnie będzie. Ty dawałeś mi oparcie i wiarę w to, że wszystko mogę przerwać, i w końcu przetrwać. Byłeś wszystkim co miałem, o czym mogłem marzyć i śnić. To wszystko, czego oczekiwałem było w Tobie. A teraz? Wszystko stracone. Czuję, że wali mi się świat i tracę grunt pod stopami.

Im bardziej się staram, tym mniej mi wychodzi.

Im więcej chcę zrobić, im bardziej chcę korzystać ze swoich możliwości i kompetencji, tym bardziej wszystko się psuje i chrzani. Przyzwyczaiłem się do tego. Ale nikt nie zwraca uwagi na moje porażki, zawsze wywyższane były sukcesy. Porażki były pomijane, jakby ich wcale nie było. A przecież były i dawały o sobie znać. A ja? Ja skutecznie uciszałem swoje sumienie, które dawało się we znaki. Nie miałem o co walczyć, skoro przy mnie nie było Ciebie. Straciłem moją ostoję i bezpieczny port, w którym mogłem osiąść.

… odłożyłem prawdziwego siebie na półkę.

Moja osobowość była do niczego, i ja byłem do niczego. Bezużyteczny ja, który na wszystko się zgadza, bez wyjątku. Bo i po co się sprzeciwiać, skoro nie widzi się w niczym sensu? Straciłem swoje poczucie godności i wiarę w siebie, w swoje możliwości. Dół, który mnie chłonął był nie do pokonania, ale nie chciałem, by dał się pokonać komuś tak słabemu, jak ja. Bo przecież w swoim życiu niczego nie zrobiłem z własnej inicjatywy. Zawsze był ktoś krok przede mną, by mi pomóc i wskazać drogę. Ty byłeś moim drogowskazem i światłem w tunelu. Dzięki Tobie moje życie nie nadawało się już do śmieci. Nadawało się do ponownego użytku, by z niego skorzystać i brać szczęście całymi garściami. Wtedy pojąłem znaczenie słów, które mi powtarzałeś. Carpe diem! Wówczas wydawało mi się, że to wszystko jest do zrobienia, że mogę tak żyć, nie martwiąc się o nic. Ale to były tylko słowa, które teraz po Tobie zostały. Ciągle wspominam je z lekkim uśmiechem, chociaż nie żyję już z tym przekazem. Nie potrafię. To dla mnie jest po prostu niewykonalne. Zabijam się od środka ciągle tymi myślami, ale inaczej już nie potrafię.

Wpatruję się w swoje odbicie w lustrze...

Nie widzę – patrząc, nie mówię – mówiąc, nie słyszę – słysząc. Dziwne, ale jakie prawdziwe. Dokładnie oddaje całość mojego żywota, bo przecież inaczej być nie może. A może i może? Nie wiem, czy chcę zmiany w swoim życiu. Dół, do którego się przyzwyczaiłem jest mi niezmiernie pomocny. To on zabiera moje złe myśli i pogłębia swoją dziurę. A ja się cieszę, bo mogę głębiej się zapadać, coraz głębiej. Coraz ciężej będzie mnie z tego stanu wyciągnąć. Ale nikt nie poda ręki takiemu nieudacznikowi, jakim jestem, mimo tego, że tak naprawdę posiadam wszystko, o czym każdy śmiertelnik może marzyć. Nie potrafię patrzeć w przyszłość, bo dla mnie przyszłość zawsze będzie taka sama, jak zawsze. Nie zmienia się do kilku lat. Niezmienność mnie wykańcza. Chciałbym coś zmienić, ale nie mam siły. Nie potrafię się sprzeciwić, kiedy wszyscy patrzą mi na ręce. A to patrzenie właśnie, przewierca moją duszę i ciało na wskroś, a potem odbija się echem w mojej głowie. Muszę być taki, jakim chcą, żebym był. Nie mogę się zmienić. Dla innych jestem ideałem, ale czy dla siebie również? A skąd! Mogę powiedzieć, że taki ze mnie ideał, jak z koziej dupy trąba. Do tego wyżarty przez wszystko, praktycznie egzystujący.

Dlaczego to sobie robię?

To jest dobre pytanie. Odpowiedź nasuwa mi się sama. Bo nie ma Ciebie, a bez Ciebie to wszystko jest jeszcze bardziej bezsensu. Ta odpowiedź pewnie by Cię nie usatysfakcjonowała, ale co mam zrobić, skoro Ciebie już nie ma? Straciłem wszystko, co kochałem tak mocno i na czym mi naprawdę zależało. Ty byłeś wszystkim, czego chciałem. Ale chcieć nie znaczy móc, jak widać. Miałem Cię przez jakiś czas, a potem? Potem Cię mi zabrano. Odszedłeś, zginąłeś, umarłeś. A ja wraz z Tobą odchodzę ciągle i ciągle, wciąż na nowo. Bo co to za życie, kiedy nie ma się po co żyć? Dla kogo? To Ciebie spotkałem w najbardziej odpowiednim momencie mojego życia. Mój dół by głęboki, nie widziałem już niczego patrząc w górę. Piach spadał mi na głowę, a ja wyciągając ręce w górę – szukałem pomocnej dłoni. Podałeś mi swoją rękę i trafiło na Ciebie. Zmieniłeś moje życie i postawiłeś wszystko do góry nogami. Nie mam Ci tego za złe, wręcz przeciwnie. To było coś, czego potrzebowałem, by w końcu zacząć żyć pełnią życia. Mój dół z każdą chwilą, dniem, godziną, minutą, sekundą zmniejszał się coraz bardziej. Aż PRAWIE zniknął. I wtedy stało się coś, czego się nie spodziewałem. Nie pytałem co przyniesie mi jutro, bo nie chciałem wiedzieć. Straciłem wszystko, na czym kiedykolwiek mi zależało. Bo jutro nigdy nie nadeszło. Ciągle jest dzisiaj. W kółko nie mogę zapomnieć o tym co się stało i przeżywam to od nowa, ciągle i ciągle, wciąż i wciąż. Dół pogłębił się dwa razy bardziej niż wcześniej, jednak teraz nie wyciągam rąk. Nie chcę by ktoś mnie ratował z tego wszystkiego, bo to jest dla mnie wszystkim. Odtwarzam wszystkie wspomnienia związane z Tobą i przechowuję je w pamięci. Powtarzam je, jak mantrę. Nie chcę ich stracić. Tylko one pozostały mi po Tobie.

Kim jesteś?

Kim? Nikim. Osobą, którą znają wszyscy, a jednocześnie nikt. Pozwoliłem poznać siebie, tylko Tobie. Zaufałem jedynie Tobie i tego nie zmienię. Tracę poczucie własnej wartości. To przygnębiające, jak człowiek w kwiecie wieku może się tak stoczyć? Nie chodzi mi tutaj o żaden alkohol, czy też inne używki. Stoczyłem się w ciemną otchłań, która mnie ciągle pochłania. Mój dół rośnie w siłę, a ja wciąż słabnę. Ale przecież tak to już bywa, z marnymi istotami, że marnieją i słabną po pewnym czasie, kiedy kończy im się data przydatności. Kiedy na twarzy dostrzegam kolejne zmarszczki i kolejne siwe włosy, wiem, że to co nieuniknione jest coraz bliżej. Oczekuje tego momentu z wytchnieniem, bo wiem, że wówczas ponownie się kochany spotkamy. Będziemy razem i już żadne przeszkody nas nie rozdzielą. Bo wtedy nie będzie już przeszkód. Będziemy tylko i wyłącznie my. Wszystko przestanie się liczyć i nie będę się martwił co przyniesie jutro, którego już nigdy nie będzie. Wówczas cały czas stanie w miejscu tylko dla nas, dla naszej miłości, która rozkwitała powoli, by nagle umrzeć śmiercią tragiczną. Będziemy kwitnąć oboje w spełnieniu i nic nie będzie się liczyć, tylko my. Nie mogę doczekać się tego momentu, by spojrzeć w Twoje oczy i pocałować Cię. Ja mizerny!
A teraz co mi pozostało? Czekać, aż ciemność mnie pochłonie, a mój dół całkowicie zostanie zakopany, nie dając mi możliwości wyjścia. Czekam na dzień, kiedy się spotkamy. A teraz będę żył z moją chorobą. Chorobą, zwaną miłością.


Jego słowa odbijały się echem, wśród pustki, jaką można było zauważyć gołym okiem na miejskim cmentarzu, gdzie pochowana została jego jedyna, prawdziwa miłość. Na twarzy mężczyzny gościł lekki uśmiech, mimo łez, które płynęły po policzku. Czuł się lepiej, kiedy po wielu latach mógł wyrzucić z siebie to, co czuł. Szedł wąską uliczką w stronę swojego, zaparkowanego samochodu, nie odwracając się. Nie chciał patrzeć więcej na pomnik, na nim tych kilka liter i cyfr. Jedynie wnikliwy obserwator mógł zauważyć białą kopertę na jednym z pomników, którą ktoś wsunął pod znicz, by nie odleciała. A mężczyzna szedł powoli, ze łzami na policzkach i uśmiechem na ustach.
*****
 I to byłoby na tyle.
Jest mi trochę smutno, że nikt z Was tego nie czyta i nie komentuje, ale co mam zrobić? Nikogo nie zmuszę do tego. Ale miło wiedzieć, że ktoś to czyta. A dobra, nie smęcę - mam dziwny humor. Może to przez alergię? Hmmm....
Słowa pisane z podkreśleniem to niektóre fragmenty z piosenki: Jessie J - Who You Are.
Notkę sprawdzałam Ja, gdyż chciałam ją dodać jak najszybciej. Za błędy bardzo przepraszam!
Niech Yaoi będzie z Wami xD.
*****
EDIT 14.07.2013
Notka, a w sumie cała historia, jest w trakcie przygotowania. Za około tydzień powinna pokazać się pierwsza notka. Chciałam napisać kilka rozdziałów, by mieć coś na zapas. Muszę w końcu skończyć zaczęte historie - których mam kilka^^. Tak więc, możecie oczekiwać nowej notki już niedługo :D.