7 sty 2017

Choroba zwana miłością XI.

Cześć Wszystkim, którzy jeszcze tu zaglądają. ŻYJĘ, jakby kto pytał.
Długo mnie nie było, co? Zawaliłam sprawę i to po całości. Ale nie będę się tłumaczyć, bo nie widzę sensu. Spieprzyłam i to ostro, wiem. Teraz już nic na to nie poradzę, mogę jedynie starać - słowo klucz -  się poprawić. Mam kilka napoczętych notek, historii, które wołają o skończenie, ale brak weny, chęci i motywacji to uniemożliwia.
Mam dwa kierunki studiów magisterskich: jedna praca magisterska się piszę (wolno, bo wolno, ale jednak!), druga czeka na wakacje (albo i październik) i tyle. 
Będę się starać coś napisać, coś dopisać do istniejących notek. Bo pomysłów nie brakuje, dużo gorzej z ich realizacją. Teraz blog zszedł na bardzo, bardzo daleki plan i potrzebuję czasu, by uporać się z pracą magisterską, potem mogę coś kombinować z blogiem. Chciałabym dokończyć notki, które są zaczęte, historie również przemyśleć i poprawić, napisać do końca. 
Nie zawieszam bloga, nie usuwam go i nie mam nigdy takiego zamiaru! To się nie stanie! Notki będą rzadko, bo rzadko, ale to nie świadczy o zawieszeniu czy myśli o usunięciu. Blog jest dla mnie bardzo ważny, zawsze był i zawsze będzie, choć teraz jest w cieniu.
Tyle było mojego wywodu, powinno mnie w jakimś stopniu to usprawiedliwić, chociaż mało kto tutaj zagląda. 
A z okazji wejścia w 2017 rok, życzę sobie i Wam dużo radości, dążenia do marzeń, brania z życia garściami, nie poddawania się, więcej siły i wiary w siebie, spełniajmy marzenia i cieszmy się życiem!
Zapraszam do czytania.
***** 
Leżał na łóżku nie reagując na nic. Pozwalał łzom spływać po policzkach jedna za drugą, bez końca. Nie mógł, i nie chciał się uspokajać. Wiedział, że coś się skończyło. Zaczął się inny etap, na który nie był przygotowany, chociaż miał wystarczającą ilość czasu, by to przetrawić. Ale tego nie zrobił. Każdego dnia przekładał tę myśl na kolejny dzień, i tak żył z dnia na dzień. Aż w końcu nadszedł ten dzień, ten cholerny dzień, kiedy otrzymał to przeklęte zaproszenie. Zmiął w ustach przekleństwo i zakrył twarz dłońmi, by się jakoś opanować. Ale nie mógł. Przed oczyma przelatywały mu najlepsze, jak i te najgorsze z najgorszych – wspomnienia. Zgryzł wargę, ale to również nic uśmierzyło jego bólu. Wątpił, by cokolwiek mogło mu teraz pomóc. Właściwie to marzył o czułych ramionach, które by go objęły, a których mieć nie mógł. Krzyk rozpaczy wyrwał się z jego gardła, a ciałem wstrząsnął szloch. Błagał wszystko i wszystkich, by ktoś się nad nim zlitował, i w końcu przyniósł mu ulgę i wytchnienie. Tego właśnie potrzebował w tej chwili. Nie chciał żyć, nie widział potrzeby istnienia. Bo i po co? Wszystko stracone i nie było czego ratować. To zaproszenie przeważyło szalę cierpienia, które przeżywał ciągle i ciągle na nowo. Niby nic takiego, bo kawałek papieru z jakimiś pierdołami, ale to jedno imię, i jedno nazwisko – zdewastowało cały jego świat. Wesele, ślub? Dlaczego? Kiedyś to było dla niego nie do pomyślenia, żeby coś takiego otrzymać. Uspokoił się po dłużej chwili i przetarł twarz dłońmi, pozbywając się reszty mokrych śladów. Cóż, płacz nic nie dał i pewnie nigdy nie da, wiedział o tym aż za dobrze. Musiał być dobrym przyjacielem, mimo swego cierpienia. Dzień ten najgorszy z możliwych nadchodził coraz szybciej, i szybciej, i szybciej. Właściwie to został mu już ostatni dzień, wieczór kawalerski – ich ostatni wspólny wypad, i ślub. Nie chciał tego tak kończyć, chciał mu powiedzieć co czuję, ale nie wiedział czy da radę. Nie mógł mu namieszać w głowie tuż przed ślubem. Już tyle to ukrywał, ze teraz przecież też mógł zgryźć zęby i przemilczeć wszystko. Przy alkoholu i znajomych nie będzie rozwalał ani jemu, ani sobie, życia. Wieczór kawalerski był zajebisty. Tyle mógł powiedzieć z czystym sumieniem i bez ściemy. Ale to co przeżywał w środku, podczas tego wszystko, nie było niczym fajnym. Chciał się dobrze bawić i owszem, bawił się, ale nie tak dobrze jakby mógł to robić. Zdawało mu się, że świat łamał się na kawałki z każdą sekundą coraz bardziej. Nie mógł tego znieść. Chciał wykrzyczeć światu swoje bóle i troski, ale nie potrafił. Jedynym wyjściem dla niego było zatopienie smutku w alkoholu. Sposób dobry, tylko chwilowy. Jednak nie przeszkadzało mu to aż tak bardzo. Kieliszek za kieliszkiem, drink za drinkiem, bar za barem, butelka za butelką. Ledwo nad sobą panował, to jeszcze pamiętał, bo kleił się do niego jak nigdy. Ale byli przyjaciółmi, więc nikt nie odczytywał tego w inny sposób. Potem film mu się urwał i nastała ciemność. Obudził się rano z potężnym kacem, nie tylko alkoholowym, ale i moralnym. Bał się spojrzeć na przyjaciela, który w najlepsze spał obok niego. Był taki piękny, dostojny, przystojny, po prostu idealny.  Nim zdążył pomyśleć, złożył na jego ustach delikatny pocałunek. Nie mógł się zatrzymać i nie chciał. A on tylko mlasnął i oblizał usta. Chciał to powtórzyć mocniej i bardziej namiętnie, ale nie miał odwagi. Nie mógł mu tego robić, nie teraz. Teraz to był przypadek i upust swojej miłości i pożądania. Westchnął przecierając twarz i niezbyt delikatnie obudził przyszłego pana młodego. Ogarnianie się i wyszykowanie nie zajęło dużo czasu. A może tylko mu się tak zdawało? Czas ulatywał mu przez palce i za nic w świecie, nie mógł tego zatrzymać. Choć tak bardzo się starał, by wszystko robić wolniej, dużo wolniej. Ale podekscytowanie i radość bijąca z jego twarzy, niszczyła całość. Ledwo powstrzymywał łzy, kiedy jechali limuzyną do domu panny młodej. Nienawidził jej całym sercem, chociaż dziewczyna nie była niczemu winna. Jednak nienawidził jej, nie mógł nazwać tego inaczej. Usidliła go i nie chciała oddać, a dodatkowo zmusiła do ustatkowania. Przynajmniej on sam to tak widział. Dobra mina do złej gry – to ciągle powtarzał w myślach. Tylko to trzymało go w jakiejś kupie, kiedy w kościele padło sakramentalna ‘tak’ z każdej ze stron. Nogi się pod nim ugięły i ledwo opanował chęć ucieczki. Tego było za dużo, zdecydowanie za dużo. Chciał zapaść się pod ziemię, uciec jak najdalej, na drugi koniec świata, byle nie patrzeć na tą najważniejszą dla siebie osobę podczas ceremonii i wesela. Boże, jak on cierpiał. Uśmiechał się i gratulował młodej parze, w myślach wyklinając dziewczynę od najgorszych i życząc jej wszystkiego złego. Nie potrafił złożyć szczerych życzeń, nie umiał wyrzec się uczuć do niego. Nie umiał, nie potrafił i przede wszystkim nie chciał. To było za dużo. Wesele trwało w najlepsze, a jego trawił wewnętrzny ogień smutku, złości, nienawiści. Wypalał w nim wszystko co najlepsze i najgorsze, zabijał każdą cząstkę ciała, każdy najmniejszy fragment jego duszy trawił w gorącym płomieniu. Dla niego coś się skończyło na zawsze, część jego duszy umarła, strawiona przez gorejący wciąż płomień. Opuścił to wszystko nie żegnając się nawet. Nikt i tak nie zauważył jego wyjścia, nie on dzisiaj się liczył. Taksówka zaparkowała przed jego mieszkaniem, do którego wpadł jak burza. Zapakował kilka potrzebnych rzeczy, portfel, pieniądze i zamknął drzwi. Musiał wyjechać, ochłonąć, inaczej zatruje im życie swoją osobą. A tego najbardziej na świecie nie chciał. Nie mógł zniszczyć im, mu życia. Ze łzami w oczach pojechał na lotnisko i kupił pierwszy lepszy lot. Nie interesował go cel podróży. Ucieczka była najlepszym wyjściem z tego sytuacji. Po kilku godzinach wylądował we Włoszech, odprężony i zrelaksowany, chociaż zdewastowany od środka. Telefon wyłączony zostawił w domu. Tutaj mógł odetchnąć i przejrzeć na oczy. Musiał wypocząć i pozbyć się tego nadmiaru nienawiści, nim wróci, nim spojrzy mu w twarz. Nie wiedział, jak bardzo ta podróż odmieni jego życie. Po kilku dniach spotkał go. Był przystojny i uśmiechnięty, dobrze ubrany i genialny w swoim fachu. Zamroczyło go, a serce przy każdym spotkaniu wywijało orła i nie chciało się uspokoić. Nie wiedział co się z nim dzieje, ale rozumiał, że u przyjaciela nie miał szans, musiał skupić się na czymś innym. I spotkał go, to była miłość. Namiętna, rozczulająca i wspaniała. Włochy odmieniły jego stosunek do życia, do świata i do samego siebie. Zmienił się i wiedział, że wyszło to wszystkim na dobre. Z przyjacielem rozmawiał wiele razy, ale słowem nie usprawiedliwiał swojej ucieczki z wesela. Z biegiem czasu cieszył się z podjętej przez siebie decyzji. Jedną miłość, która okazała się tą platoniczną, jednostronną i niespełnioną, zamienił na miłość namiętną, wspaniałą i odwzajemnioną. Wrócił do życia i mógł żyć ze moją chorobą. Chorobą, zwaną miłością.
*****
 I to byłoby na tyle.
Mam nadzieję, że nie okazało się wielkim szmelcem i komuś się jednak spodoba. Chciałam to skończyć już dawno i dzisiaj wzięłam się w garść i udało się! Pierwotnie miało to mieć smutne zakończenie, ale skoro mamy nowy rok, to zmieniłam trochę plany i wyszło, jak wyszło. 
Notki nie sprawdzam - standardowo. 
Także, do zobaczenia za jakiś czas. Za jaki, tego nie wiem, ale za jakiś na pewno. Masło maślane o smaku masła z masłem trochę z tego wyszło, ale pewnie zrozumiecie. A jak nie, to inaczej: do zobaczenia!
Niech Yaoi będzie z Wami xD.