23 gru 2014

Święta, czyli Naruto radzi.

Witam!
Z okazji Świąt Bożego Narodzenia, wzięłam się i napisałam. 
Muszę się przyznać, że w sumie łatwo i dość szybko wszystko poszło. Nawet wena dopisała i nie była zbytnio kapryśna.
A korzystając z okazji, to Życzę wszystkim Wam oraz sobie: dużo zdrowia, mnóstwa szczęścia, wiele uśmiechu, radości życia, świetnych wyników szkole czy na studiach, rodzinnej atmosfery przy świątecznym stole, pogody ducha i wszelkiej pomyślności, oraz wspaniałej zabawy sylwestrowej i wszystkiego co najlepsze na nowy, 2015 rok!!
WESOŁYCH I RADOSNY ŚWIĄT! :*
*****

Naruto radzi: nie używaj „Kropelki”! Ale jak już musisz, to rób to z głową, bo bez głowy to raczej ciężko. Żyj chwilą i olej konwenanse. Niech twój chłopak cię wyręczy! I ciesz się świętami!
~*~
Świąteczne porządki, były najgorszą rzeczą, jaką można było wymyślić przed świętami. Nie było w nich nic magicznego, ani pięknego, ani krzty cudowności. Były zbyteczne i zdecydowanie nie potrzebne. Bo kto by tam patrzył za łóżko podczas odwiedzin? Na pewno nikt normalny. Porządki powinny robić się z wierzchu i tyle. Przynajmniej Naruto tak uważał. Dla niego porządki, każdego rodzaju, były zbyteczną częścią życia. Bo ktoś taki wspaniały, jak przyszły Hokage, nie powinien w ogóle w ręce trzymać miotły. A w myśleniu blondyna, pojęcie sprzątanie, ograniczało się do wrzucenia zbędnych rzeczy do szafy, tak by się nie wysypywały i pozbycie się pustych kubków po ramen. Ale to wszystko zmieniło się odkąd zamieszkał z Sasuke, który był wielkim, egoistycznym dupkiem i na dodatek, pedant z przesadną dbałością o perfekcję.
- Przestań mnie dręczyć – burknął Naruto, który od samego rana, dnia wolnego, trzymał w ręce ściereczkę.
- To nie jęcz i rób to porządnie – powiedział Sasuke i poinstruował chłopaka, gdzie powinien jeszcze przetrzeć.
W końcu zbliżały się święta, które Uzumaki naprawdę lubił. Wcześniej za nimi nie przepadał. Bo nikt by nie przepadał, gdyby musiał je spędzać samotnie w czterech ścianach. Od zawsze był sam, to było wiadomo. Święta w bidulu, to nie było to, czego oczekiwał. Zwłaszcza, że tam nie było porządnej wigilii, ani prezentów, czy pierników. Była co prawda choinka, którą ubierały wszystkie dzieciaki wspólnie, ale to nie było to. Żadnej atmosfery, radości, a przede wszystkim miłości w tym nie było. Odkąd zamieszkał z Sasuke, pokochał święta, bo były takie, jakie właśnie chciał. Czuć było tę atmosferę, choinki i cholerne pierniczki, które robili wspólnie, chociaż Sasuke rzucał te swoje zbędne komentarze o beztalenciu Uzumakiego, ale to nic.
- Długo jeszcze? – spytał blondyn, siadając na krześle i machając nogami, niczym dziecko.
- Młocie, dla ciebie, całą wieczność – spojrzenie Sasuke, mroziło. Nie był zadowolony.
- Draniu! Ale po co mamy sprzątać? Gdzie robienie łańcuchów na choinkę?
- A zeszłego roku, jak to się skończyło?
Naruto nadął policzki. Kto by się spodziewał, że „Kropelka” serio wszystko sklei, a nożyk do papieru będzie taki ostry? Blondyn westchnął cicho i nic się nie odezwał. Specjalnie przecież nie skleił sobie rozciętego palca prawej ręki, z lewą ręką. Wtedy go zaswędziało i BUM! Poszło. Do tej pory Uchiha nie pozwalał mu dotykać ani tubek kleju, ani żadnego ostrego przedmiotu, bo wizyty na ostrym dyżurze to już więcej nie chciał. Był bowiem pewien, że nie raz wspominają tam rozhisteryzowanego blondyna i mają niezły ubaw z jego głupoty.
- Będziesz mi to wypominał do końca życia? – spytał, chociaż dobrze znał odpowiedź. Przecierał kolejną szafkę. Strasznie dużo ich w domu mieli.
- Oczywiście.
Naruto zmrużył oczy, ale Uchiha całkowicie to zignorował i dalej przecierał wielkie lustro, by nie miało żadnej smugi. Naruto naprawdę go podziwiał, że był taki perfekcyjny, idealny. Wszyscy w szkole, na uczelni, chcieli być jak Uchiha. Mądry, przystojny, zawsze przygotowany do odpowiedzi, z nieposzkalowaną opinią. Ideał. Pewnie dlatego każda dziewczyna, i nie tylko, chciała go usidlić. Każdy marzy o idealnym księciu z bajki, a Sasuke za takiego uchodził. Bo nikt go nie znał, tak naprawdę. Naruto długo do niego docierał i kiedy zrezygnował, to Sasuke o niego zabiegał.
- Cholera! Mam dość – fuknął Naruto, kiedy Sasuke pokazał mu kolejne ominięte miejsce – Nie na tym polega magia świąt. Nie, kurde, na sprzątaniu.
- A na czym?
- Na choince, Mikołaju, szopce, pasterce. Sprzątanie do tego się nie zalicza – burknął siadając na łóżku, które było idealnie posłane, bez żadnego zagniecenia czy źle ułożonej narzuty na kołdrze. – Są lepsze sposoby na spędzenie czasu adwentu – dodał z lekkim uśmiechem. Uchiha uniósł brew.
- Jakie?
- Można, no nie wiem, miziać się pod choinką – zaśmiał się.
Sasuke prychnął cicho i wrócił do lustra, które dalej nie było perfekcyjne.
- Kura domowa! Perfekcyjna pani domu – zaśmiał się Uzumaki, pokładając się ze śmiechu na łóżku.
Nie trzeba było czekać na reakcję Sasuke, który w jednej chwili wskoczył na łóżku, a w drugiej zawisł nad roześmianym chłopakiem.
- Co mówiłeś o mizianiu, Młocie? – spytał, całując go lekko po szyi.
Naruto mruknął cicho zadowolony. Oh tak, to było spełnienie jego oczekiwań i zdecydowanie nadawało się bardziej niż jakieś głupie sprzątanie.
- O mizianiu pod choinką – zaśmiał się.
- Można na łóżku, również.
- Można.
Więcej słów nie trzeba było. Gorące pocałunki i dłonie, zastąpiły wszystko. Sprzątanie nie było ważne, już dawno zeszło na dalszy plan, a chwile uniesień, stały się priorytetem w tej chwili. Każdy ma w końcu jakieś słabości.
~*~
Naruto radzi: zbierz wszystkie niepotrzebne rzeczy w jedną kupkę, otwórz szafę, wrzuć do środka, zamknij drzwi. Upewnij się, by drzwi szafy się nie otworzyły. Ewentualnie zabezpiecz drzwi krzesłem, dla pewności i ciesz się świętami!
~*~
Bo święta nie mogą być kojarzone tylko ze sprzątaniem, dlatego Naruto postanowił, że już zawczasu kupi prezent swojemu chłopakowi, który uparcie sprząta, to co nie udało się wcześniej wysprzątać, kiedy za pomocnika miał Uzumakiego. Bo skończyło się, tak jak skończyć się powinno – w łóżku.
Blondyn akurat pakował prezent w kolorowy papier w bałwanki, potem w renifery, by na samum końcu ulokować go w torebce z choinką i prezentami. Od razu czuć było święta, które już  były tuż - tuż. Właściwie można rzec, że tuż za drzwiami.
Naruto rozejrzał się po mieszkaniu. Choinka ubrana i świecąca? Jest. Żarcie w lodówce? Oczywiście, że jest. Sam wcześniej sprawdzał. I dziabnął nawet trochę, za co oberwał po łapach. Udekorowany stół? Jest. Sam o to zadbał. Jemioła w każdym możliwym miejscu? Ależ oczywiście, że jest. Musiał zadbać o właściwy nastrój, jakby chciał uciec, gdzie pieprz rośnie pod wpływem groźnego spojrzenia Sasuke. A to było całkiem możliwe.
Kolacja jednak udała się, nie obyło się bez ratowania sianka, które jakimś dziwnym cudem ucierpiało najbardziej. Bo „Jaki dureń stawia sianko na obrusie tuż przy świeczce, skoro ma być pod obrusem?” Odpowiedź na pytanie Uchihy była tylko jedna i właśnie gromił ją spojrzeniem.
- Nie wiedziałem, że się sfajczy! – stara się bronić blondyn.
- Poziom twojej nie wiedzy, coraz bardziej mnie przeraża.
- Spójrz! – krzykną wskazując ręką lampę, do której przywiązany był kawałek jemioły. – Stoimy pod jemiołą – zaśmiał się i nie czekając na reakcję chłopaka, pocałował go szybko.
Taktyczna zmiana tematu nie jest zła, skoro działa. Albo działa też nastrój, bo Naruto nie oberwał w łeb.
Więcej ‘atrakcji’ nie było do końca posiłku.
- Wszystkie najlepszego, draniu – powiedział z radością Naruto wręczając chłopakowi prezent.
Sam wcześniej dostał od Sasuke książkę – cholera wie po co, i płytę ulubionego zespołu. Trafił idealnie, dlatego też blondyn chciał, by jego prezent również się spodobał.
Sasuke otwierał go powoli, zbyt powoli, jak na jego gust. Chyba spodziewał się czegoś strasznego. Naruto starał się powstrzymać śmiech, kiedy Uchiha patrzył z niedowierzaniem na zestaw, który otrzymał.
- W zeszłym roku nie mogłeś się zdecydować nad odżywką. Masz cały zestaw, plus dezodorant i kremik. Cieszysz się?
Uchiha nie odpowiedział, bo i co miał powiedzieć? Głupota Naruto porażała, i wszyscy o tym wiedzieli. W sumie to nowy zestaw mu się przyda, bo ostatni – ten z urodzin - mu się skończył. Uzumaki stawał się monotematyczny.
- Kocham cię – powiedział cicho blondyn, wręczając mu książkę, którą tak naprawdę Sasuke chciał od dawna. – Ale zestaw też ci się przyda.
Śmiech roznosił się po całym mieszkaniu, jednak szybko ucichł, bo jemioła wisiała wszędzie i uciekający Naruto, chcąc nie chcąc, tradycję szanował i czekał na buziaki ze strony Sasuke. A na buziakach się nie skończyło. Ale co tam. To były wspaniałe święta!
~*~
Naruto radzi: by twój chłopak cię nie zabił, dokup mu do zestawu, jakąś książkę, albo inną pierdołę. I ustaw wszędzie w domu jemiołę, będzie całuśnie, jak będzie cię gonił z morderczą miną. Potem ciesz się świętami! Aha! I nie układaj sianka na obrusie, tylko pod!
*****
I to byłoby na tyle.
Bety nie ma - poprawiałam JA, więc spodziewajcie się pewnie jakiś kwiatków. x)
Nie wiem, kiedy nowa notka, na pewno w nowym roku.
Jeszcze raz: Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku! :D

24 lis 2014

"Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana..."

Cześć Wam.
Wiem, znowu nie było mnie nie wiadomo ile. Ale co mam na to poradzić? Mam studia i do napisania pracę licencjacką - która pochłania mój czas, do tego dojdzie jeszcze parę szkoleń i po prostu nie mam czasu. A cóż, zależy mi na jak najlepszym zaliczeniu studiów, bo są dla mnie naprawdę ważne.
Jednak nie zapominam o blogu, ciągle myślę o notkach, ale gorzej jest z pisaniem. Wena raz jest, a miliony razy jej nie ma. Tak jak teraz - po ponad pięciu miesiącach, postanowiłam dokończyć notkę, którą zaczęłam wcześniej, bo akurat miałam napad weny. I oto i ona. Mam nadzieję, że Wam się spodoba.
Zapraszam do czytania.
*****
Jęknął pod nosem. Zgryzł wargi, by zagłuszyć dźwięki, które uparcie chciały opuścić jego usta. A nie mógł na to sobie pozwolić. Za ścianą był jego syn, więc nie mógł słyszeć, a tym bardziej zobaczyć tego, co wyprawiał. Jednak, nie mógł się powstrzymać. Tak bardzo o tym marzył, codziennie ta myśl przewijała się w jego głowie, że uległ. Po prostu uległ.
Ścisnął mocniej penisa, przyciskając  bokserki syna do nosa. Jak on pachniał. Wiedział, że teraz zachowywał się, niczym rasowy pedofil, ale nie mógł się powstrzymać. Znaczy mógł, ale nie chciał. Wiedział, że z synem tak nie będzie, więc chociaż w samotności mógł sobie zwalić. Kurwa! Co to było za przeżycie. Wyobrażał sobie, że drobne ręce syna oplatają jego chuja u nasady, ponętne ustka pochłaniają go w całości i ssą namiętnie, a wzrok mów tylko, by go w końcu przeleciał. Matko!
Kacper! Jebnij się w ten pusty łeb! To twój syn do kurwy nędzy!
Skarcił się w myślach, jednak docisnął materiał do nosa. Był blisko dojścia i niemal nie mógł usiedzieć w miejscu, z tych wszystkich emocji, które nim teraz targały. Jego ręka coraz szybciej poruszała się po członku, ściskając go mocniej przy główce. Tkwił na skraju i nie chciał wracać. Ale spełnienie nadchodziło coraz gwałtowniejszymi falami. Z ledwością trzymał swoje jęki na wodzy, chociaż przegryzał wargi już do krwi, by być jak najciszej. Było cholernie ciężko, ale dawał radę. Przez jego ciało przeszła kolejna fala dreszczy, więc mocniej przycisnął materiał do nosa i ścisnął członka, kiedy sperma znalazła się na łóżku. Odchylił głowę zmęczony orgazmem, który przed chwilą przeżył. Był wspaniały, chociaż wolałby spuścić się w usta własnego syna.
Kacper, idioto! Zajeb się lepiej w trupa, a nie znowu chujem myślisz!
Odsunął materiał od nosa i poprawił się na łóżku. Nie kłopotał się teraz sprzątaniem, w końcu to było jego własna pościel, własne łóżko, a dodatkowo – własna sperma.
- Tatusiu – usłyszał cichy głos swego syna, więc zaraz zreflektował się i nakrył plamę kocem.
- Chodź, chodź. Co się stało? – spytał, naciągając pod kołdrą bieliznę na tyłek.
- Słyszałem dziwne odgłosy i myślałem, że coś ci się stało – mruknął, opierając się o futrynę z nieśmiałym uśmiechem.
Mimo swoich 17lat, był bardzo nieśmiałym i dziecinnym chłopcem, i na pewno nie wyglądał na swoje lata. Przez większość czasu mieszkał z matką w Londynie i na wzrok Kacpra, był chowany jak w kokonie. Wszystko było dla niego nowe, dziwne, wszystkiego musiał dotknąć, poczuć, zobaczyć. Kacper z początku dziwił się temu, ale teraz? Teraz było to dla niego normą, a spojrzenia ludzi miał w dupie. Leon również się nimi nie przejmował, więc nie było problemu.
- Zdawało ci się – uśmiechnął się, chociaż dobrze wiedział, co tak naprawdę mógł usłyszeć jego syn.
- To dobrze, bo naprawdę myślałem, że coś ci się dzieje – odpowiedział.
- Nie martw się. Idź spać. Chyba, że chcesz ze mną – zasugerował mężczyzna, a widząc urocze rumieńce na policzkach, tylko upewnił się w swoim przekonaniu.
Tak, tak, tak! Chodź do tatusia, chodź. Będziemy sobie spać, ah tak!
Leon poprawił okulary na nosie, z którymi się nie rozstawał i podszedł nieśmiało do łóżka. Jego ruchy były niepewne, jakby bał się, że ojciec zaraz go wyśmieje i zawróci do łóżka. Kiedy nic takiego się nie wydarzyło, wpadł do łóżku jak wystrzelony z procy, od razu nakrywając się kołdrą. Kacper zaśmiał się jedynie i pocałował syna w ucho. Sam ułożył się do snu.
Następnego ranka Leon obudził się jako pierwszy, więc wyswobodził się z objęcia ojca i zszedł na dół, by zrobić coś na śniadanie. Za wiele nie mógł robić, ale tosty wychodziły mu genialne. Przyszykował sobie wszystko, poprawiając zsuwające się okulary i zaczął robić.
Kacper zwabiony aromatycznym zapachem, wyszedł z łóżka, nie zapominając o zaplątaniu się w kołdrę, i wpadł do kuchni.
- Ah, co ja czuję, co ja czuję.
- Śniadanie. Zrobiłem tosty – uśmiechnął się lekko i położył przed ojcem talerz tostów.
- Wspaniale. Mam kochanego synka, idealnego.
Uspokój się, uspokój się, uspokój się! Zaraz ci stanie, jak będziesz się gapił na tyłek WŁASNEGO SYNA!
Kacper nie wiedział, jak sobie radzić już ze wszystkim. Coraz częściej łapał się na tym, że wyobrażał sobie seks z własnym synem. A przecież nie mógł tego zrobić własnemu dziecku, zwłaszcza po takich przeżyciach. Bardzo przeżył najpierw rozwód, a potem śmierć matki i przeprowadzkę do innego miasta. Z tamtym kojarzyło się zbyt wiele wspomnień, a tutaj i Leon i Kacper mogli zacząć od nowa. Kacper wiedział, że tak będzie lepiej. W poprzednim mieście wszyscy wiedzieli o tym, czego jego syn doświadczył i każdy mu współczuł. Nie dość, że Leon musiał cierpieć i potrzebował wsparcia, to jeszcze te głupie sąsiadki, co chwile napomykały jaka to Zośka była wspaniałą matką, a jaką dobrą kobietą, jaką uczciwą. Miał tego dość! Może to też z tego powodu chciał się przeprowadzić. A, że w pracy szykował się awans i jakimś cudem, to właśnie Kacper go otrzymał i trzeba było zmienić miejsce zamieszkania. W dodatku Leon stał się tutaj bardziej otwarty i starał się otworzyć. Nie był nawet aż tak nieśmiały. Kacper czuł, że w końcu chłopiec odżył.
- Tato, zrobisz zakupy dzisiaj? – spytał Leon, poprawiając okulary i wyrywając ojca z zamyślenia.
- E, co?
- Zakupy.
- Tak jasne. A gdzie ty się wybierasz?
- Z Karolą robimy projekt do szkoły i trochę nam zejdzie. Będę u niej do wieczora, a potem jej brat albo ojciec mnie przywiezie – wytłumaczył, narzucając na siebie kurtkę.
- Oh – mruknął mężczyzna z niewyraźną miną. Spodziewał się miłego dnia z synem w roli głównej. – To uczcie się dobrze i projekt fajny zróbcie. Później mi go pokażesz – zaśmiał się, przytulając chłopca.
- Tato, no weź. Tylko się nie rozpłacz – zaśmiał się  Leon dając kuksańca w bok ojcu. – Będę lecieć, na razie – machnął mu jeszcze uśmiechnięty ręką przed twarzą i wybiegł.
A Kacper został sam. Nie miał nic do roboty. Wszystko zrobił ostatnio i tylko czekał, aż kontrahent z któremu miał przedstawić projekt, przyleci. Z tego co wiedział, miał mieć jutro prezentację i od tego mogło zależeć to i owo, a zwłaszcza jego dalsza przyszłość w firmie.
Wzruszył ramionami i cóż, jakoś tak same nogi go poniosły do pokoju syna. Lubił to miejsce, mimo wszystko kojarzyło mu się właśnie z Leonem i tylko jego widział w tym pokoju.
Położył się na łóżku i zamknął oczy. Dziwnym trafem przed oczyma stanął mu obraz nagiego Leona. Mężczyzna zgryzł wargi i tylko tyle mógł zrobić. Jego ciało, jakoś tak samo zareagowało, a ręka machinalnie zjechała na krocze, które masowała przez spodnie. Kacper poddał się temu. Chociaż tyle mógł zrobić. Mógł wyobrażać sobie, że to jego syn właśnie masuje jego chuja, że bierze go do ust, że zasysa główkę i bawi się jądrami. A do tego patrzy swemu ojcu w oczy.
- O Boże – jęknął, kiedy wyobraził sobie, jak wchodzi w chłopca powoli, by ten mógł się przyzwyczaić, a mięśnie odbytu zaciskają się na jego penisie.
To było chore i dobrze o tym wiedział, ale nie umiał się powstrzymać. I nawet nie chciał.
- Ta..to – usłyszał cichy głos Leona i zreflektował się.
Podniósł się raptownie, wyjmując rękę ze spodni i cóż, nie wiedział co ma zrobić. Nie spodziewał się, że chłopak kiedykolwiek zastanie go w takiej sytuacji, że będzie musiał się z tego jakoś wytłumaczyć. To przecież nie wchodziło w grę, a jednak się stało. Rozejrzał się spanikowany, ale żadne wyjaśnienie tego, co widział nastolatek, nie przychodziło mu do głowy. Leon był spokojny, nad wyraz spokojny, jednak czujnie obserwował swego ojca. Chciał się dowiedzieć, dlaczego masturbował się w jego pokoju, a dokładniej, w jego łóżku.
- Ja… Mmm.. ja – zaczął mężczyzna, chociaż nie wiedział co powiedzieć.
- Dlaczego robisz to w moim łóżku?
- Ale co?
- Masturbujesz się, walisz gruchę, walisz konia, trzepiesz kapucyna – wymieniał i z mściwą satysfakcją obserwował zmieszanie ojca, który chyba dalej myślał, że jest małym chłopcem. Ale on już dawno przestał nim być.
I wiedział, że Kacper nie jest jego biologicznym ojcem. Matka zdradziła mu to przed śmiercią. Kiedy był mały, to Kacper i matka wzięli ślub, a on adoptował nie swoje dziecko i zajmował się, jak swoim. Zwłaszcza, że pokochał je jak swoje własne.
- Przypadek – mruknął Kacper po jakiejś chwili ciszy.
Co miał powiedzieć? Że masturbuje się w łóżku syna, bo ciągle czuje jego zapach, a tak bardzo chce go przelecieć, że to aż boli? No na pewno z czymś takim by nie wystrzelił. Był już na to zdecydowanie za stary.
Co robić? Co robić? Zachciało ci się idioto, walić konia w pokoju! Brawo za myślenie!
- Nie kłam, przecież wiem wszystko.
Kacper przełknął ślinę. Jak to kurwa wie wszystko? I co znaczy to wszystko?
- Czyli co?
- Że chcesz mnie przelecieć – powiedział spokojnie Leon wzruszając ramionami wchodząc do pokoju i siadając obok zmieszanego ojca. Widział spojrzenia, które rzucał mu młody mężczyzna i nie raz, nie dwa słyszał, jak krzyczał jego imię przez sen, czy w łazience kiedy brał prysznic. Nie to, żeby Leon podglądał czy coś, ale był ciekaw, czemu ojciec go woła i wtedy widział, że po prostu sobie trzepie. Wtedy do niego dotarło, co ojciec tak naprawdę do niego czuje, że go kocha, nie tylko jak syna, ale również jak kochanka.
Mężczyzna gdyby mógł, teraz zbierał by swoją szczękę łącznie z zębami z podłogi, tak głośno i mocno gruchnęłaby o posadzkę, że sąsiedzi z naprzeciwka by usłyszeli i zainterweniowali. Spojrzał nieśmiało na chłopca, który z powagą wpatrywał się w niego. W sumie, co mu szkodzi. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Czy jakoś to tak szło. Nieważne.
Złapał Leona za ramiona i pocałował. A właściwie wpił się w jego usta z taką zachłannością, o jaką siebie nie podejrzewał. I tak jak myślał, chłopiec smakował wybornie. Nie potrafił tego do niczego przyrównać, bo się nie dało. A kiedy chłopiec rozchylił ustka, wszystko potoczyło się bardzo szybko i nie było możliwości zatrzymania. Może głupie porównanie, ale Kacper czuł się, jak lawa, której nic nie zatrzyma. No oczywiście, poza protestami syna, który ich nie wyrażał i sprawiał wrażenie, że wcale nie chciał niczego przerywać. Więc i Kacper się nie hamował.  Rozbierał chłopca i od razu całował odkryte miejsce, które zaznaczał drobnymi malinkami.
- Tato.. nie rób.. Jak się.. w szkolę.. pokażę – wysapał chłopiec, między zawstydzającymi jękami.
Kacper nie odpowiedział. Był zbyt pochłonięty młodym i chętnym ciałem, które dopiero poznawało świat rozkoszy i przyjemności. Wiedział, że nie posunie się zbyt daleko, ale przecież małego lodzika mógł mu zrobić. W końcu tego właśnie chciał, tego pragnął w tej chwili. Możliwe, że potem i Leon będzie robił to samo swemu ojcu. Tego również chciał, ale nie w tej chwili. Najważniejsze było pokazanie chłopcu, że go pragnie, że go kocha, że go podnieca. Ściągnął spodnie wraz z bielizną i polizał członka, który od razu zareagował. Leon również pisnął cicho zaskoczony i to było tak motywujące, że mężczyzna przeszedł do dalszego dzieła.
- Jeśli nie będziesz chciał, albo mam przestać, to powiedz. Twoje szczęście jest najważniejsze – powiedział spokojnie ojciec, gładząc syna po policzku i nie chcąc peszyć chłopca bardziej, skupił się na swoim zadaniu.
Wziął chudego penisa do ręki i zaczął nią poruszać, ściągając skórę napletka i liżąc samą żołądź. Żywe i żwawe reakcje chłopca, sprawiały, że nie mógł się powstrzymać i wsadził prącie do ust. Usłyszał zduszony jęk, więc zaczął poruszać głową. Zdawał sobie sprawę, że długo Leon nie wytrzyma, ale chciał mu dać jak najwięcej przyjemności. W tym samym czasie to i sobie zaczął trzepać, bo aż jego własny penis zaczął uwierać i potrzebować uwagi. Sobie robił to zdecydowanie szybciej i mocniej, niż chłopcu, ale nie chciał go wystraszyć. Na wszystko przyjdzie pora. Po kilku minutach, chłopiec doszedł z głośnym krzykiem i ledwo łapał oddech. To doznanie nim wstrząsnęło dogłębnie.
Kacper połknął całą spermę chłopca i przetarł usta. Sam doszedł chwilę później we własną rękę, ale swoje nasienie wytarł w pościel. I tak była do prania. Mężczyzna z wahaniem położył się obok chłopca, którzy wtulił się w niego. Wiedział, że dobra relacje z nim może przejść do historii, a tego nie chciał. Że teraz mógł wszystkie spierdolić, a tego by nie zniósł.
Ale stało się inaczej. Ich relacja się pogłębiła. Nie byli już tylko jako ojciec-syn, ale również jako kochankowie. Od czasu do czasu, jedynie macanki i jakiś lodzik, ale nic więcej. Kacper jednak starał się to zmienić, ale nie chciał naciskać. Było dobrze, tak jak było. A wiedział, że będzie lepiej.
W końcu ten kto nie ryzykuje, nie pije szampana. On swój wypił, i to w całości.

*****
I to byłoby na tyle.
Kolejna notka? Mam nadzieję, że wyrobie się na święta. Właściwie chodzi mi pewien projekt po głowie, ale jak to będzie, zdecyduje życie. Licencjat najważniejszy.
Mam nadzieję, że Wam się spodobało.
Błędy sprawdzałam Ja, więc przepraszam, jeśli jakieś się znajdą.
PS. Dziękuję serdecznie Basi za komentarze, pod notkami. Są naprawdę motywujące! D-Z-I-Ę-K-U-J-Ę!

22 wrz 2014

"...mamy przyszłość..."

Witam wszystkich, po tak długiej przerwie!
Jestem w szoku, że tak długo nie pisałam, ale miałam urwanie głowy na studiach, potem brak weny i chęci do pisania, a wszystko co tworzyłam - lądowało w koszu. Wczoraj postanowiłam, że napiszę notkę i oto ona. Pewnie nie jest jakaś wybitna - nie oszukujmy się - i w ogóle, ale chcę ją wstawić dla Was, którzy jeszcze tutaj zaglądacie i czekacie na coś nowego. Muszę ponownie się rozpisać, by to wszystko zaczęło grać. Pożyjemy, zobaczymy.
Cóż, zapraszam na notkę.
*****
Warknął wściekle. Coraz bardziej się irytował, kiedy musiał gapić się na tę paskudną gębę, która uśmiechała się w tak irytujący sposób, że aż zbierało się na wymioty.
- Czego szczerzysz jadaczkę? – warknął.
- Bo przegrałeś zakład – zaśmiał się kolega, który miał z tego niezły ubaw.
- I to tak cię cieszy?
- Oj weź, Filip, to tylko parę dni sam na sam – zaśmiał się.
- Karol, cholero jedna! – warknął Filip, rzucając w kumpla poduszką.
Faktycznie przegrał zakład, chociaż mógłby dać sobie rękę odciąć, że wygrana Karola jest nierealna. Filip był w czepku urodzony i zawsze miał szczęście. A teraz przewrotny los sobie z niego bezczelnie zakpił i pozwolił mu przegrać zakład, który był tak głupi, że nawet nie chciał o tym myśleć. Natomiast karę będzie pamiętał na długo, a co za tym idzie, porażkę również. A to dopiero pierwsze 20 minut, co będzie się działo, za pięć dni, kiedy to wszystko się skończy? Karol potrafił go zmanipulować i to skutecznie, by wyszło na jego. Nawet nie pamiętał, kiedy zgodził  się przyjąć tą propozycję z jego strony. W sumie skuci kajdankami przez pięć dni, nie było jakoś samo w sobie przerażające. Ale wizja srania, sikania czy nawet kąpieli, niemal twarzą w twarz, była straszna. Aż wzdrygnął się na samą myśl. Ale jak przystało  na mężczyznę z wielkim ego, musiał to znieść dla wyższego dobra.
- No już, nie dąsaj się – Karol z wyszczerzem od ucha do ucha – bo uśmiechem tego nawet nie można było nazwać – bawił się w najlepsze.
- Przestań suszyć te zęby – warknął, waląc chłopaka lekko w czoło.
Przez chwilę w pokoju panowała cisza, lecz po kilku sekundach zmieniła się w salwy śmiechu, obu młodych mężczyzn.
Filip i Karol znali się od małego, od pieluchy, można byłoby powiedzieć. Zawsze razem, w tej samej ławce, klasie, szkole, kółku szkolnym, klubie sportowym. Od zawsze i na zawsze, jak kiedyś stwierdzili. Byli najlepszymi przyjaciółmi, których łączyło coś wyjątkowego. Ale granice przyjaźni zaczęły się zamazywać, powoli znikać. Pozwoliło to, by ich znajomość przerodziła się w coś innego, przeszła na wyższy poziom. Żaden z nich, jednak nie potrafił tego nazwać. To nie była miłość, na pewno nie. Tego byli pewni. Do zakochania czy zauroczenia, takiej pewności nie mieli. A teraz? Teraz przez całe pięć dni, 24 godziny na dobę – będą razem, w każdej sekundzie. Nie, żeby czegoś takiego nie było, ale wcześniej nie byli skuci kajdankami, gdzie sfera intymna o wiele bardziej się zmniejszyła.
- Właściwie, to jak zrobimy ze spaniem? – spytał Karol, robiąc zamyśloną minę.
- Tego też nie wiesz?
- No weź! Nie myślałem, że uda mi się wygrać – zaśmiał się głupkowato Karol, drapiąc się po głowie, na co Filip, przejechał zrezygnowany dłonią po twarzy.
- Nie wierzę. To jasne, że będziemy spać u ciebie. Masz większy pokój i lepsze wyposażenie – powiedział spokojnie Filip.
- Lepsze wyposażenie? No, no, no – zarechotał drugi z chłopaków.
- Bez podtekstów, zboczeńcu – Filip wystawił mu język i na tym, temat był zakończony.
Teraz musieli się zbierać, bo nie długo zaczynały się ich zajęcia w szkole. Ostatnia klasa liceum, za pasem matura, więc trzeba było chodzić do szkoły. Młodzieńcy, jakoś się ogarnęli. W sumie dobrze, że na dworze zaczynało robić się coraz cieplej, bo słabo widzieli swoje ubieranie kurtek przez te kajdanki. W ogóle, słabo widzieli również ubieranie, ale to jakoś da się załatwić. Jak Polak chce, to potrafi.
Weszli do budynku szkoły i każdy, dosłownie każdy przechodzący obok nich uczeń, spoglądał na nich to zaskoczony, to rozbawiony, czy nawet byli i tacy, którzy patrzyli na nich zbulwersowani. Ale mało tą dwójkę obchodziły spojrzenia innych. Nie musza się przecież wszystkim tłumaczyć. Dopiero pod klasą, dopadła ich połowa klasy i zarzucała pytaniami z góry na dół.
- Wyluzujcie, dajcie im dojść do głosu – głos rozsądku, w postaci Kaśki, w końcu się ujawnił.
Klasa jak na zawołanie ucichła. Cóż, przy Kaśce czuło się respekt. Najlepsza uczennica w klasie, do tego przewodnicząca klasy i szkoły, więc była kimś. Nikt nie odważyłby się jej podskoczyć, a jeśli nawet, to miałby, delikatnie mówiąc, przesrane po całości. Kaśka niby niewinna, delikatna i olewająca wszystko, ale potrafi być niczym diabeł wcielony.
- Przegrałeś zakład? – spytała z uśmiechem Filipa.
- Jak widać – uniósł rękę, do której miał przyczepione metalowe kółko. Na drugim końcu metalowego łańcuszka, znajdowała się ręka Karola, teraz znajdująca się również w powietrzu.
- Jesteście niemożliwi – zaśmiała się Marcelina. – Ile to ma trwać?
- No cóż, do końca tygodnia, więc będzie zabawnie – puścił jej oczko Karol i całą klasą władowali się na godzinę wychowawczą.
Sprawdzanie obecności minęło w miarę szybko, oczywiście krótka pogadanka o ich zachowaniu i dłuższa chwila ciszy.
- Karol, Filip chcecie mi coś powiedzieć? – spytał mężczyzna z powagą.
- Nie, a powinniśmy? – spytał głupkowato Karol.
- No raczej.
- Prze pana, to tylko zakład.
- Jak dobrze – odetchnął z ulgą mężczyzna, wprawiając tym samym klasę w śmiech.
Karol jedynie uśmiechnął się, a Filip, jak to Filip, nadymał policzki.
Reszta wychowawczej minęła w rozrywkowym czasie. Jak zawsze pojawiła się rozmowa o zbliżającej się maturze i zakończeniu edukacji w tej placówce. Czyli norma.
Na reszcie lekcji obaj chłopcy wzbudzali również wielkie zainteresowanie, zwłaszcza, kiedy któryś miał pojawić się przy tablicy. Wtedy była kupa śmiechu całej klasy, łącznie z nauczycielami. Ale dzień jakoś minął spokojnie.
Po szkole udali się do domu Filipa, by zabrać potrzebne rzeczy na te kilka dni, które spędzi u przyjaciela. Rodzice byli na to przygotowani, więc nie widzieli problemu. Chociaż sami od wejścia chłopaków do mieszkania, nabijali się z nich.
- A kąpiel to jak? Wspólna? – spytał ojciec Filipa.
- Tato, przestań! – jęknął Filip, załamując ręce.
Wszyscy musieli z tego nabijać, a on musiał cierpieć. Karol też miał wielki ubaw z tego wszystkiego.
Spakowany i przyszykowany na codzienny widok uśmiechniętego ryja przyjaciela, ruszyli do jego domu, który znajdował się dwie ulice dalej.
Rodzice Karola również wiedzieli o wszystkim, ale tylko stwierdzili na wstępie, że są dziecinni bawiąc się w takie pierdoły, ale mimo wszystko również mieli niezły ubaw, zwłaszcza jak z pokoju ich pociechy dochodziły krzyki typu: „Weź te łapę”, „Ale to moja ręka”, „Łeb ci ukręcę” czy „Siedź na miejscu, bo zamorduje”.
Nie było co się dziwić, skoro wszędzie musieli być razem. Leżeli teraz na łóżku grając w jakąś grę, typu mordobicie i świetnie się bawili. Co prawda, ciężko było się poruszać i robić jakieś wygrane gesty, ale cóż, dla chcącego nic trudnego.
Czas mycia okazał się.. No po prostu okazał się wielką porażką. Z rozebranie było wiele kłopotu, z kąpielą również. Zdecydowali się, że na moment rozbierania czy ubierania, kajdanki zostają odpięte. Na całą resztę czynności, są z powrotem zapinane. By było uczciwie, innej szansy na rozbieranie czy ubieranie, nie było szans.
- Weź się nie gap – warknął Filip, zanurzając się w ciepłej wodzie po samą brodę.
- To co mam robić? – Karol siedział, na krześle obok wanny.
- Bo ja wiem.
- W sumie – zaczął Karol, zrzucając ręcznik, który miał przepasany w biodrach i władował się do wanny, nim Filip zdążył zareagować. Granica zniknęła już dawno i nie było oporu na takie sytuacje.
- Eee.. EJ! Co ty odwalasz?
- Kąpię się?
- Miałeś czekać na swoją kolejkę – sarknął Filip.
- Po co marnować wodę?
Filip zapowietrzył się, ale nic z tym nie zrobił. To była ich pierwsza wspólna kąpiel, więc oboje byli trochę zestresowani, zwłaszcza, że patrzyli na swoje ciała całkiem śmiało i z wyraźnym zainteresowaniem. Karol nawet odważył się przejechać dłonią po klatce piersiowej Filipa. I wtedy wszystko się zaczęło. Ogień  buchnął i nie można było tego zatrzymać. Kotłowanie się w wodzie, zaborcze pocałunki, spragnione usta i dłonie, które rozpalały coraz bardziej. Nie bawili się w delikatność. Byli w końcu młodymi mężczyznami, którzy pragnęli siebie. Opory zniknęły, a fale przyjemności przyćmiły normalne funkcjonowanie i racjonalizm całej sytuacji. Żaden nie chciał przerywać, więc wychodząc z wanny, jedynie przetarli się jakoś. W tym szale namiętności, nic się nie liczyło. Pocałunki, czułe, ale mocne ruchy, szorstkie dłonie. I westchnięcia. Wszystko było zamazane, a oczy zasnute mgiełką pożądania. Jednak obaj zachowali, na tyle trzeźwy umysł, by w odpowiednim momencie powiedzieć „dość”. Orgazm, który przeżyli był niesamowity i dobrze o tym wiedzieli. Nie doszło do stosunku. Nie chcieli, by to wszystko było takie narwane, szybkie. Jednak wszystko przestało mieć znaczenie, kiedy ponownie spojrzeli sobie z pożądaniem w oczy. Ponownie buchnął ogień i wyzbyli się wszelkich hamulców. Racjonalne myślenie, zostawią na potem. Teraz liczyła się chwila. To ciepło, te usta, te pocałunki, to narastające uczucie w podbrzuszu, orgazm za orgazmem, rozpalone drugie ciało. Ta noc była dla nich spełnieniem najskrytszych pragnień i oczekiwać. Nie potrzebne były słowa, bo wszystko zostało wypowiedziane z najdrobniejszym szczegółem.
Dni miały, a granica przestała istnieć. Kolejny poziom, który zwie się zakochaniem, a nawet miłością – rozpoczęty.  
My mamy przyszłość.
 Mamy do kogo otworzyć gębę, mamy kogoś, kto się choć trochę nami przejmuje (...). Ja mam ciebie, a ty masz mnie.*

*****
I to byłoby na tyle.
Mam nadzieję, że Was nie zawiodłam i jako tako, to wyszło. Piszcie szczerze, co o niej myślicie. Jestem otwarta na krytykę ;D. Wybaczcie błędy - sprawdzałam Ja, więc wiecie.
Kolejna notka? Nie mam pojęcia. Pojawi się, jak tylko się napisze, więc zaglądajcie.
Niech Yaoi będzie z Wami xD.
*John Steinbeck – Myszy i ludzie

27 sty 2014

Co w rodzinie, to nie zginie.

Witam!
Dawno mnie nie było, ale jakoś nie było ani weny, ani mocy, by coś napisać. Teraz się wzięłam za siebie i coś nagryzmoliłam, z czego jestem nawet zadowolona, bo wyszło fajnie.
Musiałam teraz napisać, bo już za pasem sesja - zmora studentów. Jak zaliczę wszystkie egzaminy to mam wolne. Trzeba pomyśleć co w tym czasie robić. ; ) Na początek odwiedzi mnie moja kochana kuzynka <3, a potem to się zobaczy. Trzeba blog ogarnąć i jakieś notki popisać.
Mam w planach wrzucić na bloga stare historie z poprzedniego bloga, co prawda nie wiem, jak z ich poprawą, ale najwyżej sama coś tam poprawię. Może będzie git. ; )
Zapraszam do czytania! :*
*****

Siedział i ze zniecierpliwieniem stukał palcami z biurko. Nie wiedział, co ze sobą zrobić. I zresztą trochę się bał tego, jak zacząć. Bo nigdy nie zaczynał rozmowy, a nawet jeśli, to ona szybko się kończyła. Ale z nim to było całkiem inaczej. Nie ważne, kto zaczynał rozmowę i o czym była, zawsze trwała długie godziny.
Felix usiadł przed laptopem, włączył odpowiednią stronę, wybrał osobę i czekał. Nie wiedział na co, ale czekał. Ręce mu drżały i to niemiłosiernie, a serce waliło w piersi. Brata zostawił w pokoju, bo ten grał w jakaś tam grę, a sam poszedł do drugiego pokoju i denerwował się. Gdyby został w pokoju z bliźniakiem, to pewnie zaraz zaczęłyby się docinki i głupie pytania, jego własne żałosne reakcje i wszystko by się skończyło. A przecież umówili się na konkretną godzinę. Spojrzał na zegarek i z lekkim uśmiechem, napisał krótką wiadomość.

„Cześć. Ja już jestem, jak coś.”

Długo nie musiał czekać na odpowiedź i się zaczęło. Rozmowa była przezabawna, wiele żartów, śmiechów, ale i poważnych tematów życiowych. Pisali o wszystkim i o niczym tak naprawdę, ale to nie miało znaczenia. Liczył się sam fakt tego.

„Przepraszam, ale muszę iść. Wiesz, rano szkoła i w ogóle.”

Napisał i nie czekając na odpowiedź, wylogował się. Na wszelki wypadek usunął również historię, by uniknąć niewygodnych pytań ze strony brata. Bo przecież jak by się wytłumaczył, że wchodzi na portal gejowski i nie powiedział bratu, że laski go nie interesują? Dziewczyny mu się podobały, ale nie interesowały. Tutaj znalazł chłopaka w swoim wieku i na dodatek z tego samego miasta. To było po prostu szczęście.
- Felix! – usłyszał wołanie Jamesa, kolejnego faceta matki.
- Co?
- Chodź na dół.
James jako jeden z nielicznych jej fagasów był naprawdę spoko, jeśli chodzi o zachowanie w stosunku do bliźniaków i matki. Również pracował, więc to był wielki plus, przynajmniej w oczach Felixa, bo poprzedni faceci byli, najprościej rzecz ujmując, do dupy. Czasem matka trafiała na normalnych facetów, z którymi dało się dogadać. Zszedł po chwili na dół i wszedł do salonu.
- Na lodówce przyczepiona jest lista zakupów. Mama prosiła, byście z Nigelem kupili. Ja bym to zrobił, ale lecę do pracy – powiedział z uśmiecham, nawet nie patrząc na niego.
Zakładał buty i nakładał kurtkę.
- Jasne – odparł Fellie i wzruszając ramionami, ruszył na górę, by trochę posiedzieć z bliźniakiem.
Nigel i Felix byli do siebie łudząco podobni z wyglądu. Oboje mieli czarne włosy i niebieskie oczy, na dodatek wysocy. Tylko Felix w ramach buntu zrobił sobie czerwone pasemka. A jeśli chodzi o zachowanie, to byli jak woda i ogień. Nigel był z lekka nadpobudliwy i wszędzie było go pełno, miał wielu znajomych, ze wszystkimi się dogadywał, a przynajmniej się starał. A Felix? To był raczej aspołeczny dzieciak z problemami w szkole i wieloma docinkami ze strony innych uczniów. Można powiedzieć, że był popychadłem i ofiarą. Ale trudno się mówi. Bracia byli ze sobą niesamowicie zżyci. Wiadomo, zdarzały im się kłótnie i chwile ciszy, ale jeden za drugim wskoczyłby w ogień byle mu pomóc. Te fuchę najczęściej miał Nigel, bo to on ratował ze wszystkich tarapatów brata i wdawał się często w bójki.
- Co robisz? – spytał Felix, siadając na swoim łóżku.
Nigel siedział przed komputerem ze słuchawkami na uszach, więc pewnie nawet nie zauważył, że jego brat wszedł do środka. Fellie na palcach podszedł do niego i walnął do lekko w potylicę, co by się biedaczek wybudził.
- Felix! – jęknął Nig, masując obolałe miejsce.
- Nie zauważyłeś mnie – fuknął, niby urażony.
- Ciesz się, że nie fapałem – wystawił mu język rozbawiony tym, jak twarz brata mogła w tak szybkim tempie zrobić się cała czerwona.
- Miałbym traumę do końca życia – zaśmiał się, rzucając w brata swoją poduszką.
Im nie było zbyt wiele potrzeba do szczęścia. Najważniejsze, że mieli siebie, dach na głową i coś do żarcia, reszta się nie liczyła.

„Spotkamy się?”

Głosiła wiadomość, kiedy tylko Felix zalogował się na portalu kilka dni później. To było przerażające. Myślał czasem, że fajnie byłoby się poznać na żywo, ale był za bardzo zestresowany, by to zaproponować. Chyba by zszedł na zawał, jakby odpowiedź była przecząca. Ale teraz nie wiedział co odpisać. Miał dylemat, bo niby już mnóstwo czasu ze sobą pisali, ale jednak to były wciąż tylko rozmowy na czacie. Nie słyszeli swoich głosów, żadne zdjęcia nie zostały wysłane, również na stronie nie było ich zdjęć. Z drugiej strony miał wielką ochotę poznać osobę, która była mu bliska, po prostu bliska. Jeśli coś by nie wypaliło, niemiałby z kim rozmawiać. Albo zostaliby dalej tylko internetową znajomością.
„Raz się żyje.” Przeszło mu przez myśl i napisał, jedno krótkie słowo „tak”.
Umówili się kilka dni później przed centrum handlowym – jednym miejscem, gdzie można było się spotkać na neutralnym podłożu - i ustalili po czym się poznają. Felix ubrał na siebie czarne, poprzecierane spodnie, zwykłą koszulę w kratę. Na dworze było zimno, więc nie było potrzeby się stroić, chociaż chciał zaprezentować się z najlepszej strony. Jego znakiem rozpoznawczym miały by włosy i kolorowy szalik, który dostał od Nigela. Natomiast tajemniczy rozmówca uparł się, by mieć przy sobie jedną różę. Oklepane, ale Felix lubił róże. Wolał tulipany, ale o tej porze roku bardzo ciężko jest dostać.
- Wychodzę! – krzyknął do brata, który też się zbierał do wyjścia. Też miał dzisiaj jakaś randkę i strasznie się denerwował.
Mimo tego, że próbował to ukryć, to Fellie czytał stres z całej jego postury, z każdego gestu i spłoszonego wzroku. Miał ubaw, kiedy go trochę denerwował. Raz na jakiś czas może się odgryźć za wszystkie docinki bliźniaka. Zawiązał szalik, kiedy dochodził do centrum. Miał jeszcze ponad dziesięć minut, więc wszedł do środka. Nie uśmiechało mu się stać na mrozie w niemal śnieżnej zamieci. Dopiero chwilę przed umówioną godziną, nałożył czapkę i wyszedł. Na dworze nie było praktycznie żywego ducha, tylko biegnący ludzie w stronę galerii. Dostrzegł go. Nerwowo rozglądał się po ludziach ściskając w dłoniach różę. Felix wziął głęboki oddech i podszedł do niego. Serce waliło mu jak oszalałe. Miał wrażenie, że zejdzie na zawał. Podszedł powoli i puknął chłopaka w ramię, a kiedy się obrócił i niebieskie tęczówki spotkały się z jego własnymi, ziemia niemal osunęła mu się pod nogami, ale jakoś ustał. Ledwo, bo ledwo, ale jednak.
- Felix!?
- Nigel?!
Krzyknęli w tym samym momencie zaskoczeni, skołowani i przerażeni zarazem. Tego na pewno się nie spodziewali i na to nie liczyli, nawet w najgorszych koszmarach tego nie przewidzieli.
- Idę do domu – mruknął Felix, wkładając ręce do kieszeni i ruszył przed siebie.
Nigel zaraz zrównał z nim kroku. Sam nie wiedział co myśleć. Miał pustkę w głowię i nie wiedział co powiedzieć. Nie spodziewał się zobaczyć swojego kochanego braciszka, jako osoby, która go zaintrygowała. Mógł się spodziewać wszystkiego, że to będzie paszczur, staruch, dziewczyna, zboczeniec, pedofil, nekrofil, ale nie jego aniołek! No w życiu. Kiedy dotarli do domu, żaden nie wiedział, co ma ze sobą zrobić i jak się zachować. Felix zaszył się w salonie, a Nig w pokoju.
Ten stan trwał przez kilka kolejnych dni, nawet Dorothy, najlepsza przyjaciółka bliźniaków, starała się jakoś do nich dotrzeć. Wiedziała już o całej sytuacji i dla niej, wszystko było jasne.
- Ja nie wiem, czym się przejmujecie – powiedziała, siadając na stoliku w salonie, by móc mieć ich obu na widoku.
- To mój brat – jęknął Nigel.
- No i? Nie wiedziałeś o tym, kiedy pisaliście ze sobą i nie kłamać, podobało wam się to – powiedziała dobitnie, kiedy Fellie chciał się odezwać.
- To nie jest normalne – Felix, aż wstał. – Jesteśmy rodzeństwem i koniec. Zapomnijmy o tym – poprosił, posyłając błagalne spojrzenie w stronę zmieszanego Nigela.
- Przesadzasz, ale jak uważasz –powiedziała spokojnie, wstając i ubierając kurtkę. - Ale spróbować możecie – dodała wychodząc.
W domu nastała cisza. Jamesa i matki nie było, a bliźniaki nie były skore do rozmowy. Przytłaczająca i męcząca cisza.
- W sumie ma.. rację. Nic nie stracimy – powiedział Nig, łapiąc brata za rękę i ściskając ją lekko.
- To nie jest.. normalne, by bracia… - zaczął, ale zaraz został uciszony przez spragnione usta brata.
Dłużej nie zwlekali, nie było potrzeby dokańczać tej rozmowy. Świat się zatrzymał.
Liczyły się teraz czyny, rozgrzane usta, dłonie błądzące i zapoznające każde zakamarki spragnionych ciał, proszące jęki i westchnienia. Świat przestał się liczyć. Niepewność i wszelkie wahania zeszły na dalszy plan.

 Prawdziwe szczęście w życiu nie polega na 
uśmiechach radości, ale właśnie na tych
 momentach niepewności, kiedy wszystko może się 
odwrócić, tylko że nikt nie wie, w którą stronę.*

*****
I to byłoby na tyle.
Mam nadzieję, że chociaż jakoś Was satysfakcjonuje ta notka. 
Miał być lemon, ale cóż, nie wyszło.
Notkę sprawdzałam Ja, więc wybaczcie błędy!
Kolejna notka?
Myślę, że jakoś w lutym powinna się ukazać, o ile znajdzie się wena i chęci. Z tymi dwoma ostatnimi to ciężko ostatnimi czasy. X|D
Niech Yaoi będzie z Wami. xD
*Maxime Chattam "W ciemnościach strachu"