24 gru 2017

Christmas Tree

Witam wszystkich w ten świąteczny czas.
Postawiłam sobie za punkt honoru, by napisać notkę i oto i ona. 
Świąteczna bardziej lub mniej, ale mnie się podoba. I mam nadzieje, że i Wam się spodoba.

A w ten świąteczny czas, chcę Wam życzyć wszystkiego dobrego, zdrowia przede wszystkim bo to jest najważniejsze, szczęścia, miłości, radości z każdego dnia, pogody ducha i spełniajcie marzenia! A w nowym roku 2018 by wszystko się Wam, Nam udawało, dobrze wiodło, by rok 2018 był lepszy niż ten powoli już przemijający. Zdrowia, szczęścia, miłości i wszelkiej pomyślności na te święta oraz w nowym roku życzy Kimi.
Zapraszam do czytania.
Wesołych Świąt oraz Szczęśliwego
2018 Roku!
*****
Zapakowałem choinkę i podałem kolejnemu klientowi. Okres przedświąteczny to jak wiadomo kupowanie choinek. Pracowałem jako sprzedawca właśnie tych drzewek i cóż, nie powiem, żeby wiodło mi się jakoś super. Wszystko zależało od pogody, ceny, zbliżających się Świąt. Bo wiadomo jak pogoda dopasowała to i mogłem stać i sprzedawać, jak zimno i pizga – to zapomnij, nawet gorąca herbata nie pomagała. Nie było bata, bym marzł. Ale cóż, pogoda nie wybiera, więc i w taką pogodę stałem z tymi drzewkami. Klientela przychodziła, oglądała, kupowała bądź nie i odchodziła. Tak mijał mi niemal cały dzień. Albo chociaż moja zmiana. Bo szef litował się i pozwalał nam pracować po 4 godziny, więc albo zmiana od 10 do 14 albo od 14 do 18. Wolałem zdecydowanie tą drugą opcję. Więcej klientów, więc ganiałem między tymi drzewkami jak opętany i nie marzłem, a przynajmniej nie tak bardzo jak bym mógł. Praca dorywcza, którą mimo wszystko lubiłem. Lubiłem ten kontakt z klientem, więc nie narzekałem za bardzo. Usiadłem na krzesełku i zgarnąłem ze stoliczka kubek termiczny z moją herbatą. Było dość chłodno, a ja dłoni nie czułem. Fakt, miałem rękawiczki, ale pakowanie choinek nie należało do najfajniejszych zajęć, zwłaszcza w rękawiczkach. Upiłem łyka i uśmiechnąłem się lekko. Właściwie to powinienem teraz zakuwać na pierwsze w tym roku koło, ale w sumie to nie bardzo miałem czas i ochotę. Uśmiechnąłem się do małego chłopca, który zaczął przyglądać się drzewkom. Obserwowałem go kątem oka, jak zachwycony ogląda je z każdej możliwej strony. Dla dzieci święta to był magiczny czas. Czasem chciałbym znowu wrócić do tych chwil, kiedy niczym się nie martwiłem. Życie dorosłego człowieka porażało brakiem czasu, chęci, a magia świąt odchodziła w niepamięć, kiedy trzeba było szykować, sprzątać, kupować. I gdzie tu radość? Westchnąłem odstawiając kubek i podszedł do chłopca, który oglądał największą choinkę z możliwych. Przynajmniej w dniu dzisiejszym to była największa, jaką posiadałem na stanie. Owszem, były większe, ale przecież nikt by ich nie zostawiał tutaj, tylko w głównej bazie. Jak ktoś potrzebował wielką choinkę, to składał zamówienie, a szef dowoził wielkoluda na miejsce i wszyscy byli zadowoleni.
- Podoba ci się? – spytałem, kucając obok.
- Tak, bardzo – chłopiec spojrzał na mnie i uśmiechnął się lekko. – Chciałbym taką mieć w domu.
Uśmiechnąłem się lekko i poczochrałem głowę chłopca, bo z włosami było ciężko przez czapkę. Też bym chciał taką, nie będę kłamać. Ale co tam, jakąś miniaturkę wezmę w Wigilię i postawię w pokoju. W końcu mieszkałem na stancji, współlokatorzy ewakuowali się do domów, więc chatę miałem sam dla siebie, a choinka musiała być. Chociażby ze względu na miejsce, gdzie aktualnie pracowałem.
- Grzesiek! – usłyszałem, a chłopiec podskoczył i spojrzał między drzewka. Zainteresowany spojrzałem za nim.
Między drzewami kręcił się chłopak, na oko może w moim wieku, może młodszy, może starszy. Cholera ciężko ocenić w tych zimowych ciuchach. W wakacje nie miałbym takiego problemu z określeniem wieku, a przynajmniej tak mi się zdawało. Chłopak podszedł do nas i walnął dzieciaka w ramię. Albo może pacnął?
- Gdzie ty się szwendasz?! Odwróciłem się na chwilę, a ty nawiałeś! Matka by mi flaki wypruła, jakbyś się zawieruszył – warknął chłopak, spoglądając ze złością na młodego dzieciaka, który uśmiechał się niepewnie. – Czego cieszysz miche?
- Bo mnie znalazłeś – odpowiedział z radością i spojrzał znowu na choinkę.
Dzieciak mnie trochę przerażał. Chłopak się na niego no trochę nadzierał, a ten mu wali uśmiechem? Dość szczerbatym napomknę. Dzięki Bogu, że nie miałem młodszego rodzeństwa, bo pewnie byłbym niewiele lepszy od tego tu.
- Kiedy mogę kupić choinkę? – spytał dzieciak, szarpiąc mnie za rękaw bluzy.
Spojrzałem na dzieciaka i podrapałem się z tyłu głowy. Trochę nie ogarnąłem pytania, ale zaraz się zreflektowałem i odpowiedziałem:
- Kiedy chcesz. Nawet w Wigilię.
Młody uśmiechnął się w szczerbaty, ale miły sposób, chwycił brata za rękę i poszli. Spoglądałem za nimi chwilę i wróciłem do roboty, bo pojawili się kolejni klienci-oglądacze. Z szelmowskim uśmiechem pracowałem do końca swojej zmiany i kiedy nadeszła godzina pójścia do chaty, byłem wniebowzięty. Zmarzłem, a rąk nie czułem. Palce mi skostniały od tego przekładania choinek w te i we te. Ale nie gardzę pracą, co to to nie. Lubiłem ją, mimo pizgawicy. Ogarnąłem ogródek, pochowałem, pozamykałem i hulaj dusza do domu. Chciałem szybko wrócić i zjeść coś ciepłego, obejrzeć głupkowatego i pójść spać o normalnej godzinie. A w domu czekała na mnie niespodzianka. Kiedy tylko otworzyłem drzwi i zobaczyłem kolorowe tenisówki - zimową porą tenisówki?! jego pogrzało, niezaprzeczalnie - już wiedziałem, że mój magiczny plan legnie w gruzach.
- Cześć – mruknąłem wchodząc do kuchni i włączając czajnik.
Kacper na mój widok rozpromienił się i rzucił się do zrobienia mi herbaty. Kacper był młodszym bratem jednej z moich współlokatorek, który był we mnie, podobno, nieziemsko zakochany. Nie powiem, żeby nie był przystojny, bo bym skłamał, ale jak na swój wiek, był niezwykle dziecinny i głupi, co kuło po oczach, zwłaszcza mnie.
- Cześć – odpowiedział uśmiechając się lekko i podając mi kubek z parującą herbatą. – Jak w pracy? Ja bym w taką pogodę nie wytrzymał, zwłaszcza na popołudniowej zmianie…
I zaczął trajkotać. Właściwie nie wiedziałem czemu tu jest, skoro Sabina pojechała już do domu, jak na przykładnego studenta przystało, ale gówniarz był zbyt obowiązkowy z tego co wiedziałem, by odpuszczać zajęcia. W końcu był dopiero na pierwszym roku studiów i chłopak dorośnie do pewnych decyzji.
- Stop – uciszyłem go. – Co ty właściwie robisz?
- Sabina poprosiła by zabrać jej kilka rzeczy, to przyszedłem.
- Zabieraj i spadaj.
Spojrzał na mnie zaskoczony, wielkimi ślepiami. Gdyby mi grał trochę mniej na nerwach, to pewnie bym dał się pochłonąć tym wielkim oczom, ale nie dałem mu tej satysfakcji. Kacper mi się podobał i wiązałem z nim jedynie jednorazowy epizod – za co jego siostra urwałaby mi, o zgrozo, jaja – ale nic więcej. To nie był chłopak dla mnie. Miałem zasadę – nie wiązałem się, nie sypiałem z rodzeństwem osób z którymi mieszkałem lub się przyjaźniłem. Więc Kacper nie mógł złamać mojej zasady, o czym dobrze wiedział, a i tak próbował dalej. Z mega marnym skutkiem, ale się nie zrażał. Chyba powinienem mu dobitnie uświadomić, że NIC między nami nie będzie. Eh, życie jest takie skomplikowane. Kacper pojąwszy, że nic nie wskóra, znowu, zabrał przygotowane wcześniej rzeczy i ewakuował się.
- Część Miłosz. Wesołych i szczęśliwego – powiedział na odchodnym.
- Wzajemnie – odpowiedziałem i pochłonęła mnie cisza. W końcu upragniona cisza.
Kolejny dzień jak co dzień. Praca, choinki, kartony, choinki, klienci, choinki, herbata, kibel, choinki, koniec pracy. Mój grafik dzienny był monotonny, po prostu. Codziennie to samo, i w kółko. Ale mnie to nie przeszkadzało. Nie przeszkadzała mi ta monotonia odkąd niemal codziennie na stoisku pojawiał się Grzesiek. Przyłaził oglądać choinki i każdego dnia wybierał inną, w której się zakochiwał. Wybierał i wybierał.
- Ile jeszcze choinek wybierzesz? – spytałem, podając mu kubek z herbatą.
Szarpnąłem się i kupiłem dodatkowy kubek, by młody miał w czym się napić. Chociaż bardziej zainteresował mnie jego starszy brat, który po niego przychodził.
- Nie mogę się zdecydować – młody wzruszył ramionami.
- Masakra. Tyle z tobą problemu – dodał Kornel, który stał za moimi plecami, a mnie przeszły ciarki, kiedy smyrnął mnie ręką po karku.
Kornel był idealny, no może nie, ale w moich oczach taki właśnie był. Rzadko kiedy tak o kimś myślałem, ale o nim mogłem. Nic nie mogłem poradzić, że zawrócił mi w głowie odkąd się poznaliśmy. A wszystko dzięki Grześkowi, za co byłem młodemu mega wdzięczny. Kornel również studiował, ale na innej uczelni i całkowicie inny kierunek ode mnie. Był ścisłowcem w przeciwieństwie do mnie, swoje plany miał również dość sprecyzowane, w przeciwieństwie do mnie. Ja żyłem chwilą, on twardo stąpał po ziemi. Różniliśmy się, ale podobało mi się to. Lubiłem nasze słowne przepychanki, nawet jeśli by nic między nami nie zaszło poza przyjaźnią, nie żałowałbym niczego. Chociaż już nie raz i nie dwa, dochodziłem w nocy wyobrażając sobie nasz seks. Trzepałem sobie kilka razy myśląc o nim. Jak dobrze, że w chacie nie było nikogo, więc mogłem pozwalać sobie na chwile zapomnienia. Kornel chodził mi po głowie i błądził w moich myślach, i za cholerę, nie mogłem się go pozbyć. Właściwie to również nie chciałem. Odkąd poinformowałem Kacpra, że między nami nic nigdy, przenigdy, na tym świecie i na tamtym nie będzie – miałem spokój w każdym tego słowa znaczeniu.
- Miłosz! – usłyszałem i spojrzałem na braci zdezorientowany.
- Klienci – powiedział Kornel wskazując dłonią ludzi, który z uśmiechem patrzyli wprost na mnie.
- Robota wzywa, na razie – powiedziałem chłopakom i ruszyłem ku przygodzie.
Obejrzałem się raz i spojrzałem wprost w brązowe oczy Kornela, który zaskoczony i chyba speszony, a co lepsze, ZARUMIENIONY spuścił wzrok, złapał Grześka za rękę i pognali z pola mojego wzroku. Szczerzyłem się jak głupi do sera, do końca zmiany. Boże, dziękuję Ci za święta! Wiem, że nie jestem najgrzeczniejszy i najmilszy, ale chciałbym, żeby Kornel coś do mnie czuł. Parsknąłem śmiechem uświadomiwszy sobie, że prawdopodobnie się zadłużyłem. Ja! Co te chłopak ze mną wyrabiał, że właśnie takie rzeczy musiałem sobie uświadamiać.
Moja praca zbliżała się ku końcowi. Dzień przed Wigilią było sporo klientów, więc nie miałem czasu nawet dobrze napić się herbaty, a co dopiero zamienić z jakimś znajomym chociaż słowo. Ludzie poszaleli i na ostatnią chwilę po choinki przyleźli. W sumie to im się nie dziwiłem. Też bym tak zrobił, by mieć jak najświeższą choinkę, która dłużej postoi.
I nastała Wigilia. Ostatni dzień pracy. Miałem dzisiaj stać z choinkami samotnie, ponieważ mój zmiennik już wyjechał, a ja skoro zostawałem, w swojej łaskawości, wziąłem jego zmianę. I tak oto Panie i Panowie, łaziłem między tymi choinkami i pakowałem je wszystkim, którzy tego chcieli. Wigilia zawsze wzorowała się tym, że wyprzedawaliśmy choinki niemal 50% taniej od ceny wyjściowej, nie wszystkie, ale większość drzewek znacznie potaniała. Nawet w taki dzień ludzi kupowali drzewka, by w domu w świątecznej atmosferze je przyozdobić różnymi pierdołami. Padał śnieg i atmosfera na dworze robiła się naprawdę przyjemna. Czuć było, że to święta. Może nie było jakoś przeraźliwie zimno i pewnie do wieczora po śniegu nie zostanie nawet ślad, ale skupmy się na pozytywach – zawsze lepsze to niż deszcz. Uśmiechnąłem się podając ostatniemu klientowi zapakowaną choinkę i życząc Wesołych Świąt. Zbliżała się godzina 14 i koniec mojej dniówki. Szef miał pojawić się koło godziny przed zamknięciem, więc miał już poślizg. Pewnie coś się stało w postoję trochę dłużej. Westchnąłem i zasiadłem na swoim krzesełku z kubkiem herbaty. Na horyzoncie wypatrzyłem już Grześka z Kornelem, którzy zmierzali w moją stronę. W ciągu ostatnich dwóch, może trzech dni, nie miałem czasu zamienić z nimi nawet słów. Nie tylko przez nadmiar pracy – w końcu jej tyle nie było – ale przez Kornela, który zwyczajnie nawiewał kiedy mnie widział. Zabierał Grześka i czmychał, jak spłoszone zwierzę. Uśmiechnąłem się w ich stronę i pomachałem ręką.
- Cześć Miłosz – powiedział Grześ, a Kornel tylko skinął głową.
- Się uparł i przylazł kupić u ciebie choinkę – dodał po chwili starszy z braci.
- To świetnie, bo zaraz zawijam manatki i spadam na chatę – powiedziałem wstając.
Grzesiek wlazł między choinki i tyle go widzieliśmy.
- Się uparł, ojciec nie długo ma zajechać po nas z tą choinką, więc może do tego czasu jakąś wybierze – przerwał ciszę Kornel.
- Znając Grześka, to marne szanse.
- Ta, też tak myślę.
I nastała cisza przerywana jedynie co jakiś czas cichym zachwytem dobiegającym gdzieś, skądś. Kornel widocznie skrępowany, ja nie bardzo wiedziałem co powiedzieć. Pewnie możemy się więcej nie spotkać, bo w końcu Kornel studiuje w innym mieście. Nie wiedziałem, czy chcę ryzykować. Nigdy nie byłem w takiej sytuacji i nie czułem się pewnie. Musiałem wyglądać jak debil, bo Grzesiek, który stanął przed nami parsknął śmiechem.
- Wybrałem choinkę, jest idealna. I zmieści tonę prezentów od Mikołaja w tym roku – powiedział, kiedy się uspokoił i pociągnął nas do wybranego drzewka.
Choinka jak choinka, zwykła, prosta, nie wysoka. Nie różniąca się za wiele od ciągu choinek w tym miejscu. Ale skoro taką wybrał, to niech i ma. Zabrałem się za pakowanie drzewka i chwilę później podałem ją ojcu chłopaków.
- Jest i ona.
- Dzięki Miłosz – powiedział uradowany Grzesiek.
- Nie ma za co. I Wesołych Świąt dla wszystkich – powiedziałem, kiedy rodzina wpakowywała się już samochodu, poza Kornelem, który ociągał się z wejściem do auta.
Złapałem go za rękę i szepnąłem jedynie: „o 20 przy głównej choince” i odszedłem. Nie czekałem na reakcję młodego, bo nie widziałem sensu. Chodził mi po głowie i postanowiłem zaryzykować. Jeśli się nie pojawi, to przecież nic się nie stanie. Będę z tym musiał żyć, że ktoś mi się oparł. Byłem przerażony tym wszystkim. Pierwszy raz zaryzykowałem i liczyłem, że się opłaci. Liczyłem się z tym, że się nie pojawi, że nie odrzuci, czy będzie chciał tylko przyjaźni. Ale kiedy zbliżała się już godzina 20 byłem przerażony i niemal pewny, że się nie pojawi. Byłem pewny i z miną wisielca lazłem, a może pełzłem przez opustoszałe miasto. Jak się spodziewałem, po śniegu nie było śladu. Plusowa temperatura na zewnątrz i oczekiwane przez wszystkich, i tych małych, i tych dużych, białe święta poszły się jebać. Zaśmiałem się cicho. Światełka mieniły się na wszelkie kolory, ozdoby ze sklepów mrugały, w tle słychać było nawet jakaś świąteczną muzyczkę. Miasto się w tym roku jakoś szarpnęło, albo to mnie już odbiło i słyszę rzeczy, których nie słychać. Wariuję. Przeczesałem dłonią włosy i nim się spostrzegłem, stałem już przed choinką, wielką, ozdobioną lampkami choinką. Przegryzałem wewnętrzną stronę policzka z nerwów. Jak ja się denerwowałem, to pewnie nikt nawet nie wie. Sam nie wiedziałem, póki nie dostrzegłem go, biegnącego w moją stronę. Spojrzałem na zegarek, który wskazywał 20.30. Tak nerwowy byłem, że nawet nie zdałem sobie sprawy, że tyle czekałem.
- Przepraszam za spóźnienie, nie mogłem się wcześniej wyrwać – powiedział, kiedy stanął koło mnie i uspokoił oddech. – Myślałem, że już cię nie będzie.
- Pewnie nie powinno być. Wyrwałem cię ze świątecznego stołu, przepraszam.
- Nie przepraszaj, sam chciałem już wyjść. Nużyło mnie to wszystko.
Spojrzałem na niego i, o kurwa, zaryzykowałem po raz drugi w ciągu jednego dnia. Chwyciłem za ramiona i pocałowałem. Świat zawirował, kiedy oddał pocałunek. Kiedy się od niego odsunąłem, nie mogłem uwierzyć w to co się właśnie stało. Szczypnąłem się w dłoń, i cholera, to działo się naprawdę.
- Myślałem, że nie zajarzysz – mruknął Kornel z lekkim uśmiechem i czerwonymi policzkami. Cholera, wyglądał mega słodko i uroczo.
- Ja też. Wesołych Świąt – powiedziałem szczerząc się radośnie.
- Wesołych Świąt – odpowiedział i pocałował mnie. Święta są cudowne, zdecydowanie.
A w oddali słyszałem „All I want for Christmas is you…” Mariah Carey. Albo mi się zdawało.

*****
I to byłoby na tyle.
Dziękuję za wszystko i życzę Wam wszystkim wszystkiego najlepszego!
Oby Nam się wiodło i zdrowie dopisywało, a wówczas wszystko się ułoży. :D
Notka niesprawdzana.
Niech Yaoi będzie z Wami xD.

15 paź 2017

Akademik

Witam.
Wrzucam świeżynkę, którą właśnie dzisiaj skończyłam.
Ostrzeżenia: Notka zawiera wulgaryzmy, pisana jest w 1 osobie, co nie jest moją mocną stroną.
Może komuś się spodoba.
Zapraszam do czytania.
*****
Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Lazłem przed siebie, po prostu. Miało to sens, jedynie przez krótką chwilę. Ale przecież nie mogłem wrócić na tą zakichaną imprezę, gdzie bawili się wszyscy moi znajomi. Tam, gdzie alkohol lał się strumieniami i wszystko było dozwolone. Brawo ja. Usiadłem na ławce zrezygnowany i rozluźniłem zakichany krawat. Nie wiem, nawet po jaką cholerę go zakładałem. Musiałem wyglądać jak siedem nieszczęść, skoro przechodzący obok ludzie gapili się na mnie bezczelnie. Emil fujaro, brawo! Ludzie się gapią – aż dziw, że jest ich tak dużo o tej godzinie -, więc uśmiechałem się do niech, a oni czym prędzej odwracali wzrok i przyspieszali kroku. Nie moja wina, że jak się uśmiecham, wyglądam jak psychopata, podobno. Kaja, przyjaciółka z dzieciństwa, stwierdziła za gówniaka, że jak się uśmiecham, to wyglądam jakbym chciał zabić i nabić czyjąś głowę na pal. Nóż cholera, nie moja wina, że tak wyglądam! Też ubolewam nad tym, że nie wyglądam jak Brad Pitt czy Ryan Gosling, noszę pingle jak Stępień – no może przesadzam, ale tak się czuję -, nie mam budowy modela. Wyglądam zwyczajnie, po prostu. Chociaż stojąc przed lustrem, dostrzegam wiele mankamentów.
Emil, ogarnij się, bo ci przyłożę!
Jestem taki żałosny, że nawet sam sobie grożę. Jakaś masakra. Podniosłem dupę z ławki i ruszyłem do mojego akademika, który znajdował się na drugim końcu miasta. Akurat wybrałem ten akademik, by mieć blisko na zajęcia, ale do imprez miałem daleko. Akademik SBM, w który trwała impreza, wybrany był przez wgląd na to, że było to miejsce, gdzie portierów łomocących w drzwi nie doświadczysz, a sąsiedzi z pokojo-mieszkań wbijają na imprezę, jak tylko usłyszą muzę i dostrzegą wnoszony alkohol. Życie tam było czystą definicją studiów – zero nauki, tylko impreza za imprezą. W SBM można było wszystko, oczywiście w granicach normy. Aktualnie zaczął się ostatni weekend przed powrotem na studia, a tym samym mój ostatni rok na studiach, więc chciałem zaszaleć. Przyjechałem kilka dni wcześniej, by się przygotować, rozlokować w pokoju i wypindrzyć niczym laska na tą imprezę, by koniec końców, jako pierwszym wyjść.
- Emil, kurwa! – usłyszałem, więc odwróciłem się. Byłem już praktycznie na przystanku, by złapać ostatni bus do siebie, nie chciało mi się czekać na nocy. W moją stronę pędził Adam. Jeszcze jego tu brakowało.
- Czego klniesz w środku nocy? – spytałem, kiedy zdyszany opierał się uliczną lampę, by złapać oddech. Nie wydawało mi się, bym szedł jakoś szybko, zwłaszcza, że jakąś chwilę wcześniej siedziałem na ławce, by chłop mógł złapać zadyszkę. Słaba kondycha, chociaż o mojej się nawet nie będę wypowiadał.
- Więcej fajeczek – mruknąłem, spoglądając na telefon. Odruchowo chciałem sprawdzić, czy się nie spóźnię na tego busa. Ale skąd miałem wiedzieć o której autobus odjeżdża w mojego przystanku przy starym basenie? Net w telefonie się skończył, więc liczyłem na łut szczęścia. Chociaż z tym moim szczęściem to średnio mi po drodze, niestety. Spojrzałem na telefon, ale w głowie nie zaświtała mi nawet godzina, o której mógłby odjeżdżać jakikolwiek nocny. No cóż, nie wychodziłem nigdy z imprezy tak wcześnie, więc moja wina. Norma. – A ty czego tu? – spytałem Adama, który dreptał koło mnie.
Nie powiem, chłop przystojny, chociaż wieśniak, w sensie, że ze wsi pochodzi. Ja w sumie też, więc też wieśniak jestem. Może dlatego właśnie wybrałem studia w większym mieście, na które było mnie stać i mogłem studiować coś tam, co mnie zaciekawiło. Adam robił magistra, tak samo jak ja. Tylko kierunki nas różniły; ja kończyłem inżynierię biomedyczną, on inżynierię środowiska. W sumie znaliśmy się od 5 lat, ale rzadko kiedy ze sobą rozmawialiśmy. Uroki studentów z kierunków ścisłowych. Tacy jak my, mamy zapierdol na zajęciach i ciągle czegoś od nas wymagają. Nie to co, na humanach czy pedagogikach. Nie żebym miał jakiś do nich problem, ale pewnie nie mają takich wymagających przedmiotów jak my, a prace magisterskie pisze im się znacznie łatwiej.
- Wracam na akademik - Adam wzruszył ramionami.
Był dziwny, ale przystojny. Miał hipnotyzujące spojrzenie tych swoich brązowych oczu, i ciemne włosy, które teraz były dość mocno przystrzyżone. Ale i tak wyglądał dobrze. Adam zawsze mało mówił, ale jak mówił, to człowiekowi kopara opadała. Nie, żeby głos miał jakiś zajebisty, że orgazmu można dostać – chociaż czasami tak było, ale o jego wiedzę chodziło dokładnie. Chłop miał łeb jak sklep, poważnie! Nie jedna morda mu zazdrościła takiego IQ (ja również, ale to oczywiście przemilczę).
- To chyba wracamy razem – mruknąłem.
Już dochodziliśmy na przystanek, kiedy nocny ruszał w dalszą trasę. Kurwa jebana! Emil, twoje szczęście poraża! Warczałem i zgrzytałem zębami, ale chuj się nie zatrzymał. Właściwie to pewnie nawet nas nie dostrzegł, bo dość ciemno na dworze, a my kilka metrów od przystanku byliśmy, jak ruszał.
- Zajebiście, w chuj! – warknąłem i podszedłem pod rozkład jazdy. – Kolejny za 3 godziny, zajebiście, kurwa zajebiście!
Adam spojrzał na mnie i parsknął śmiechem. Śmiech też miał fajny, nawet jak śmiał się ze mnie.
- Czego rżysz? – warknąłem na niego, zaciskając pięści. Musiałem się opanować, bo przecież Adam nie był winny temu, że spierdolił nam nocny.
- Tak sobie. Mamy spory kawałek na Wojska, więc możemy ruszać – powiedział, i zaczął iść.
Spojrzałem na niego i ruszyłem za nim. Czekała nas spora droga, chociaż jak pójść miastem, to może się trochę skrócić. Patrzyłem na niego kątem oka, a on nic nie mówił. Tylko szedł przed siebie, z lekkim uśmiechem, rękami w kieszeniach jeansów. Nie odzywaliśmy się i droga cholernie mi się dłużyła. Nie, żeby był jakimś ekstrawertykiem, ale nie wiedziałem o czym z nim gadać. Adam chyba też, skoro nie podjął próby. W sumie to mu się nie dziwię, on mało co gada. Westchnąłem, cisza mnie dołowała. Ale jak tak zerkałem na niego, to w głowie zaczęły mi się pojawiać pikantne sceny z jego udziałem, naszym udziałem. Było ciekawie i zrobiło mi się gorąco. Poprawiłem nerwowo okulary na nosie i ponownie na niego zerknąłem. Zaraz odwróciłem głowę, bo patrzył na mnie! Zupełnie mnie zaskoczył i w pierwszym odruchu, zdecydowałem odwrócić głowę. Jak jakaś dziewica! Facet i panika?!
Emil, nie zachowuj się jak pizda!
Karcenie siebie w myślach przyniosło efekt, bo spojrzałem na niego znowu, przegryzając wewnętrzną stronę policzka. Patrzył na mnie z uśmiechem, ledwo dostrzegalnym uniesieniem kącików. Ale wiedziałem, że się uśmiecha, bo zmrużył oczy. Często tak robił, jak próbował się powstrzymać przed zaśmianiem. Obserwowałem go od 5 lat, więc takie drobnostki już znałem.
- No co? – fuknąłem, przeciągając się. Musiałem coś powiedzieć, by jakoś przerwać te ciszę i nasze spojrzenia.
- Nic – powiedział.
W mieście o tej godzinie nie było tłumów, właściwie to praktycznie byliśmy jedynymi osobami, które szwendały się po rynku, nie licząc pijaczków i jakiś gówniarzy wychodzących z nielicznych pubów. Przez te moje wizje erotyczne, miałem je ciągle, niemal bez przerwy odkąd ruszyliśmy do akademca z przystanku, chciałem być jak najszybciej w pokoju. Współlokatora na pewno nie będzie – impreza w SBM tak szybko się nie kończą – więc będę miał okazje sobie porządnie strzepać. Już czułem te ulgę, kiedy w końcu wezmę chuja w łapę i zacznę walić konia. Oblizałem usta. Chcę już być w pokoju, szybko, szybciej!
- Pieprzymy się? – spytał Adam, kiedy staliśmy pod akademikiem. Moje wizje stały się nad wyraz wyraźne. A to pytanie zbiło mnie z nóg, normalnie niemal zwaliło mnie na kolana. Był kurwa, bezpośredni! Coś tam obiło mi się o uszy, że dupczy się też z chłopakami, bo w końcu ‘żeby życie miało smaczek, raz dziewczynka, raz chłopaczek.’
Skinąłem głową, że się zgadzam. Każdy normalny facet, który całą drogę myślał o zwaleniu i miał erotyczne wizje, by się zgodził. Szybko trafiliśmy do jego pokoju, a kiedy tylko zamknęły się za nami drzwi, wszystko się zaczęło. Nasze pocałunki było gorliwe, pełne pasji, żarłoczne i odbierające dech w piersi. Pozbywaliśmy się ciuchów w tempie ekspresowym. Nie trzeba było urządzać gry wstępnej, żaden z nas tego nie wymagał. Wystarczyło, że dotykaliśmy swoich ciał, penisów, które robiły się coraz większe i nabrzmiałe. Adam rzucił mnie na ścianę i przyparł swoim ciałem całując, mocno wsuwając swój język. Od razu zaczął majstrować przy moim tyłku, miętosić obie półkule i wsuwając opuszek palca do odbytu co jakiś czas. Chciałem więcej, pragnąłem więcej. Ale też nie chciałem by bierny. To, że wypadło, że moja dupa zostanie wygrzmocona – bo na to liczyłem, cholernie! -, nie musiało oznaczać, że nic nie zrobię i będę czerpać tylko przyjemność. Chwyciłem jego penisa i zacząłem mocno pocierać. Był duży i nabrzmiały, wrażliwy na każdy mój ruch. Kiedy dostrzegłem pierwsze krople nasienia na członku, zostałem obrócony. Moje rozgrzane ciało studziła zimna ściana, ale nie na tyle, by mnie ostudzić, otrzeźwić. Umysł miałem tak zamroczony, że kiedy włożył we mnie palec, stęknąłem i wypiąłem się mocniej. Nie chciałem czekać, potrzebowałem jego chuja w sobie, by brał mnie mocno i szybko. Tego chciałem i kiedy odwróciłem głowę, dostrzegłem, że Adam też tego chce.
- Wkładaj go i rżnij mnie – powiedziałem cicho, słabym od podniecenia głosem.
Adam ugryzł mnie lekko w szyję, rozszerzył pośladki i wsunął się we mnie cały. Sapnęliśmy niemal w tym samym czasie. Uczucie było dziwne, ale tak cholernie podniecające i obezwładniające jak nigdy. Miewałem przygodne numerki w kiblach, czy hotelach i to nie zawsze ja byłem tym, w którego wkładano swój sprzęt. Wtedy liczyła się dobra zabawa, i spełnienie swoich potrzeb. Teraz chciałem, by to się nie skończyło na tym jednym bzykaniu. By Adam kiedyś chciał ze mną powtórzyć. Zaczął poruszać się rytmicznie, a ja wypiąłem tyłek mocniej w jego stronę. Zimna ściana ochładzała moje gorące ciało. Cieszyłem się, że w akademcu, na 3 piętrze nie ma praktycznie żadnych studentów – większość na imprezie, lub wciąż w swoich domach, a niedobitki pewnie spały nie przejmując się odgłosami seksu rozchodzącymi się po piętrze. Adam brał mnie szybko i głęboko, a ja jęczałem i błagałem o więcej, o szybciej, o mocniej. Spoglądałem na niego co jakiś czas i widziałem jego uśmiechnięte, ale skupione oblicze. Był zadowolony, ja przecież też. Moje wizje z drogi się spełniły, i czego chcieć więcej? Pchnięcia stały się coraz bardziej chaotyczne, co mogła oznaczać, że Adam jest bliski dojścia. Chwyciłem swojego członka w rękę i zacząłem się masturbować, szybko i mocno. Chciałem dojść, więc długo nie potrzebowałem, Adam tak samo. Chwile później wszystko się skończyło – ja ujebałem ścianę, a on zapchał mi dupsko nasieniem – no może nie zapchał, ale takie miałem wrażenie. Oparłem się o ścianę całym sobą, a on swoim ciałem naparł na moje.
- Byłeś niezły – powiedziałem cicho.
- Tylko niezły? – spytał, przegryzając moje ucho.
- Póki co, tak.
Zaśmiałem się, kiedy obrócił mnie w swoją stronę i mocno pocałował, od razu wpychając język między moje wargi. Kiedy zabrakło mi tchu, odepchnąłem go lekko. Zdziwiony spojrzał na mnie.
- Następnym razem się okaże, co potrafisz. Postaraj się – powiedziałem przekornie całując go lekko. – A ja pokaże ci jak to się robi – dodałem, kiedy pchnąłem go w stronę łóżka.
Jego współlokatora nie było, więc miałem dwa łóżka do wyboru. Teraz ja przejąłem inicjatywę i zrealizowałem kolejną swoją wizję. Brałem go szybko i mocno, przyciskając jego nadgarstki do materaca. To była ciekawa noc. Mimo zmęczenia, które odczuliśmy oboje po pierwszym numerku, drugi był równie intensywny. Kiedy po seksie leżeliśmy wykończeni na łóżku, nie odzywaliśmy się. Nie trzeba było obietnic, żadnych związków – liczył się seks. A potem, kto wie. Na razie pierwsza noc za nami, jeszcze cały rok studiów. Wszystko może się zmienić.
Emil, skretyniałeś, ale chociaż poruchałeś!
Dokładnie, zaliczyłem Adama, a on zaliczył mnie. Nie chciałem by to się tak skończyło, on w sumie też. Od tej pamiętnej nocy, spotykaliśmy się regularnie na seks, szybki bądź dłuższy numerek. Nie zostaliśmy parą, nie było wyznań, miłości, był tylko seks i pożądanie. Spełnialiśmy swoje zachcianki nawzajem i to się liczyło. A seks był po prostu nieziemski. Życie trwało dalej, a my mieliśmy swój mały sekret z wielką namiętnością i pożądaniem.

*****
I to byłoby na tyle.
Wrzucane na świeżo, więc pewnie jakieś błędy się znajdą, za co przepraszam.
Nie wiem, kiedy pojawi się coś nowego - może w listopadzie, a może na święta. Kto wie.
Niech Yaoi będzie w Wami xD.

7 sie 2017

Wakacyjny romans

Witam Wszystkich.
Siadałam + napisałam = wrzucam.
Długo kazałam czekać na notkę, ale w końcu się pojawiła. Natchnęło mnie na coś wakacyjnego, coś miłego i powstało to ło. Nie wiem czy jest fajne czy nie, ale mnie się podoba. 
Jak pisałam wcześniej pisałam swoją pracę magisterską, którą OBRONIŁAM 11 lipca i zostałam Panią Magister. :)
Tyle z informacji wstępu, zapraszam do czytania.
Notkę dedykuję Basi, bo jej komentarz zmobilizował mnie do pisania. Dziękuję Ci. :)
*****
Uśmiechnął się do malca, który spoglądał na niego bawiąc się nieopodal w piasku. Wyglądał uroczo i słodko. Zgodził się zabrać siostrzeńca na wakacje, tylko dlatego, że siostra chciał spędzić kilka dni sam na sam z mężem. Z tego co udało mu się z niej wyciągnąć, miało to być kilka romantycznych wieczorów zwieńczonych seksem. Zaśmiał się, kiedy przypomniał sobie, jak siostra wybłagała męża, by zgodzili się puścić syna właśnie z nim. To było komiczne i dziewczyna musiała się wiele nagimnastykować.
- Wujek, wujek! – krzyczał malec, machając do niego ręką.
Przemek wstał ze swojego leżaka i podszedł do chłopca. Karol z radością wskazał na swoją babkę z piasku, którą akurat zrobił.
- No, idealna – uśmiechnął się do niego.
- Wiem, w końcu ja zrobiłem – Karol wypiął dumnie pierś do przodu. – Powiem mamie, jak zadzwoni wieczorem. A teraz wujek się ze mną pobawi.
Przemek uśmiechnął się i zaczął wraz z Karolem lepić kolejne babki. Wyjazd nad jezioro był dla niego spełnieniem marzeń. Od dawna chciał uciec z miasta i ulotnić się na jakiś czas. Uwolnić się od tego całego bajzlu w pracy, w życiu. Zaznać trochę spokoju samemu. Jednak samotności przy Karolu nie zazna – to wiedział na pewno. Jednak przy chłopcu nie dane było mu się nudzić. Dzieciak miał nad wyraz dużo energii i podziwiał Sylwię, że jakoś trzyma go w ryzach. Kiedy zrobiło się zimno, zgarnął małego z placu zabaw, schował zabawki do plecaka, wziął swój leżak i razem z malcem ruszyli do domku. Przemek wynajął go tylko dla siebie, więc mieli dużo miejsca i w razie niepogody Karol nie powinien się nudzić.
- To co, kolacja, kąpiel i spać?
Karol spojrzał na niego niemrawo i tylko pokiwał przecząco głową. Kiedy znaleźli w domku, chłopiec udał się do salonu, by pobawić się zabawkami, których nie mógł zabrać do piasku. Przemek zostawił wszystko za drzwiami i udał się do kuchni. Miał na małego oko, przez to, że salon był połączony z kuchnią, więc spokojnie mógł gotować. Szybko zrobił makaron z serem i podał na kolacje. To nie wymagało od niego wielkich kulinarnych zdolności, a dzisiaj zwyczajnie mu się nie chciało nic innego robić. To było proste danie i w dodatku smaczne, więc czego chcieć więcej? Karol jadł łapczywie co rusz podsuwając swojej zabawce makaron, by i ona też mogła się najeść.
- No, opróżnione. Teraz się wykąpiesz i pójdziesz spać – powiedział Przemek, kiedy po kolacji zbierał talerze, a malec chciał już nawiać do swoich zabawek.
- Ale wujek – zajęczał chłopiec.
- Jak się wykąpiesz, to pozwolę ci się jeszcze pobawić.
Na te słowa malec wystrzelił jak z procy do łazienki. Był na tyle duży, że Przemek nie musiał nad nim stać. Wystarczyło napuścić mu wodę, wlać płyn do kąpieli, wrzucić kilka zabawek i miał chłopca z głowy na jakiś czas. A Karol był grzeczny i młody mężczyzna nie musiał zaglądać do dziecka – starczyły tylko krzyki dochodzące z łazienki, by mógł utwierdzać się w przekonaniu, że dzieciak żyje.
Karol po kąpieli pobawił się jeszcze z godzinę i zasnął na dywanie. Mężczyzna zabrał chłopca do pokoju i ułożył w łóżku. Wiedział doskonale, że tak będzie. Maluch przebywał całymi dniami na dworze, więc dość szybko padał ze zmęczenia. Przemek wziął piwo z lodówki i usiadł na tarasie. Uśmiechnął się lekko. Czuł błogość, był wolny i nie musiał się niczym przejmować. Trochę Karol zaprzątał mu głowę przez swój pobyt, ale nie irytował się. Musiał odpocząć i nawet przy dziecku to zrobi. Wieczorami mógł wyluzować i właśnie z tych chwil korzystał. Rozsiadł się wygodnie na krześle i odpalił papierosa. Zaciągnął się głęboko. Brakowało mu tego uczucia, pomyślał wypuszczając dym. Jednak wiedział dokładnie na kogo czekał. Dzieciak, który go zainteresował co wieczór kręcił się między domkami. Stawiał, że pracował tu podczas wakacji. Nawet zdarzyło im się parę razy zamienić kilka słów. Przemek wiedział, że nazywa się Miłosz i studiuje fizykę. Miał czarne loczki i wesołe oczy. Ubierał się również na kolorowo, więc zdecydowanie się wyróżniał.
- Cześć – usłyszał, więc wstał i podszedł do barierki swojego tarasu. Tuż pod nim stał Miłosz.
- Cześć – odpowiedział z uśmiechem upijając łyk piwa.
- Mogę wpaść na piwo? Nudzę się i nie mam dzisiaj zmiany. A Karolek chyba śpi, bo nigdzie go nie widać, ani słychać – zaśmiał się młodszy z nich.
- Karol śpi. Jak chcesz siedzieć ze staruchem, to zapraszam.
Miłosz uśmiechnął się i wszedł na taras. Podczas pracy nie mógł spoufalać się z gośćmi, jednak kiedy miał dzień wolnego – nikt mu tego nie zabronił. Zwłaszcza, że nic nie robił złego, chciał wypić z kimś kilka piw i pogadać. A uznał, ze Przemek nadaje się do tego idealnie.
- Dziękuję – powiedział, wyciągając z torby piwo dla siebie i gospodarza. Resztę pozostającą w torbie, Przemek schował do lodówki.
Wieczór był przyjemny i miło siedziało się. A i rozmowa im się kleiła, nie od początku, ale w miarę wypitego alkoholu języki się rozplątywały i tematów było coraz więcej.
- Czemu fizyka? – spytał Przemek, otwierając kolejną puszkę piwa.
- Bo ją lubię – odparł Miłosz.
Przemek o nic więcej nie pytał, jeśli chodzi o studia. Tematy schodziły na coraz to intymniejsze tematy.
- Masz kogoś? – spytał Miłosz, upijając sporego łyka ze swojej szklanki. Piwo z puszki zawsze przelewał do szklanki.
- Obecnie nie mam – Przemek wzruszył ramionami. – Szukają romantyków, a ja do takich nie należę, więc nie ma zainteresowania.
- To dziwne. Przecież jesteś mega przystojny.
- Ta? Podobno jestem.
- Mnie tam się podobasz, ale nie jestem zbyt obiektywny.
- Czemu?
- Lubię facetów, którzy umieją zająć się dziećmi i nie stwarzają wokół siebie atmosfery ‘wyrucham wszystko co się rusza’ – wytłumaczył Miłosz, a Przemek parsknął śmiechem.
- Dzięki, tak myślę – odpowiedział, kiedy się w miarę uspokoił.
Miłosz był gadułą, kiedy Przemek milczał i słuchał. Był dobrym słuchaczem i ludzie wykorzystywali właśnie to, by mu się wyżalać. Nawet teraz Miłosz uznał za zgodę milczenie, i mógł swobodnie opowiadać o swoim związku, kolejnym nieudanym. Przemek przysłuchiwał się temu, nie narzekał, ale kiedy zerknął na zegarek doszedł do wniosku, że alkoholu młodszemu mężczyźnie wystarczy i czas pójść do łóżka.
- Już późna godzina, czas zawijać manatki – powiedział, podnosząc się z krzesła.
Miłosz uśmiechnął się i również się podniósł. Pomógł sprzątnąć puste butelki i puszki, ogólnie ogarnąć syf, który mógł rano spotkać Karol, kiedy wstanie. Kiedy już miał wychodzić, nie wytrzymał i pocałował Przemka mocno. Wiedział, że on się również nim zainteresował. Widział to w jego spojrzeniu, jak go oceniał i mu się przyglądał wieczorami, kiedy na zmianie ogarniał trochę przed domkami. Czuł to wtedy i poczuł to teraz, kiedy Przemek łapczywie oddał pocałunek i przyciągnął go do siebie. Wprawdzie miał rano zmianę na recepcji, ale przecież mógł wyjść stąd szybciej, by się oporządzić i móc pójść do pracy. Kiedy znaleźli się w jednym z pokoi, wszystko rozgrzało. Dwa ciała nerwowo i niecierpliwie ocierały się o siebie, ubrania spadały na podłogę wraz ze zbędną kołdrą. Mocne pocałunki, bezwarunkowe odruchy rozkoszy i wijące się dwa ciała. Splecione dłonie, głośne jęki. Obaj mieli wrażenie, że świat się zatrzymał, że wszystko musi trwać dłużej, intensywniej, mocniej. I trwało. Kiedy Miłosz rano zerwał się z łóżka miał tylko pół godziny, by pojawić się na recepcji. Cieszył się, że zaczyna pracę na 8, bo w innym wypadku na pewno by nie zdążył i dostał burę od szefostwa. Uśmiechnął się spoglądając na mężczyznę pogrążonego w śnie, pocałował go lekko i ubrany, wyszedł z domku. Przemek obserwował chłopaka cały czas, udawał, że śpi kiedy ten zerkał na niego czerwieniąc się przypominając sobie nocne doznania. Mężczyzna cieszył się z tego i miał nadzieję, że na jednym się nie skończy. I nie pomylił się. Spotykali się niemal codziennie na szybkie numerki, gdzieś w domku u Przemka – kiedy Karol miał drzemkę – lub u Miłosza w pokoju. Był to szybki seks na zaspokojenie ich potrzeb. Bez obietnic, bez zobowiązań, czysty seks.
Wyjazd Przemka zbliżał się wielkimi krokami. Właściwie był już za pasem, ponieważ nazajutrz wyjeżdżali z Karolem do domu. Nie mieli długiej drogi do pokonania, ale domek musieli opuścić do godziny 10. Mężczyzna zaczął pakować rzeczy siostrzeńca już wieczorem, by rano nie musieć znosić tych wszystkich szpargałów. Na pewno będzie miał rano co zapakować do auta, ale chociaż połowę mógł wynieść dzień wcześniej. Uśmiechnął się do Miłosza, który pojawił się przed nim.
- Jutro wyjeżdżacie – mruknął, opierając się o samochód.
- Niestety. Urlopy mają to do siebie, że się kończą – odparł Przemek, zamykając bagażnik.
- Szkoda.
Nie mówili nic. Karol spał od godziny, dlatego nie marudził Przemkowi, że wynosi jego rzeczy, którymi przecież będzie się jeszcze bawił i na pewno potrzebował właśnie w tej chwili. Obaj wiedzieli, że to przygodny romans, że nie ma niemal szansy na coś innego. W końcu to wakacje. Przemek wracał do swojego domu, do pracy, do obowiązków, a Karol? Karol zostawał tutaj jeszcze prawie dwa miesiące, potem wracał do akademika i na studia. To nie miało prawa się udać. Chociaż obaj rozważali wszystko, co się między nimi wydarzyło. Ich ostatnia wspólna noc była piękna. Seks był inny niż poprzednie. Przepełniony smutkiem, tęsknotą, jak również pasją i namiętnością. Kiedy nadszedł ranek, wszystko się skończyło.
- Szkoda, że wyjeżdżacie – powiedział Miłosz, poprawiając koszulę. Miał dzisiaj popołudniową zmianę, więc mógł pożegnać się z mężczyzną.
- Też żałuję – odpowiedział Przemek, pakując do torby ostatnie rzeczy.
- Nie chce jechać. Chce jeszcze zostać – zajęczał Karol ze smutną miną. On też nie chciał wracać do domu.
- Wiem. Ale trzeba, rodzice na ciebie czekają, a na wujka praca – odpowiedział Przemek, kucając obok chłopca i głaszcząc go po głowie.
Chwilę później zamykał bagażnik i zapinał chłopca w foteliku. Przygoda się kończyła, wspaniała przygoda. Nie miał w planach przygodniego seksu, ale stało się, jak się stało. Nic nie mógł na to poradzić, chociaż żałował.
- Żałuję – zaczął Miłosz, jednak nie dane mu było skończony, gdyż Przemek spragniony jego ust, zaczął go całować.
Chwilę to trwało, nim odsunął się od niego. Wiedział, że nie powinno to się zdarzyć. Ale wszystko skończyło się właśnie w tej chwili, kiedy Przemek wsiadł do samochodu. Nim odpalił, młody chłopak rzucił się ku drzwiom.
- Nie wiem, czy chce by to się tak skończyło, więc proszę – wręczył mu kartkę ze swoim numerem i ostatni raz pocałował go szybko.
Przemek przyjął kartkę i uśmiechnął się lekko. Może było warto zaryzykować? Nie wiedział. Odpalił samochód i ruszył przed siebie. Spoglądał w lusterko na stojącego w tym samym miejscu chłopaka. On też nie chciał tego kończyć, ale wakacyjne romanse mają to do siebie, że kończą się wraz z wakacjami. Tego powinien się trzymać, chociaż nie chciał. Wieczorem, kiedy siedział już w swoim domu, w swoim własnym fotelu, trzymał telefon w dłoniach i nerwowo przekręcał go w palcach. Nie powinien, nie powinien. Tak właśnie myślał, jednak zadzwonił. Może wakacyjny romans przeniesie się do codzienności? Chciał zaryzykować.

*****
I to byłoby na tyle.
Mam nadzieje, że się podobało.
Kiedy kolejna notka? Nie wiem, jak napiszę. Dat nie podaję, bo nie chcę pisać niczego na siłę. Chciałabym wrócić do ciągłości pisania (przynajmniej 2 notki w miesiącu), ale zobaczymy jak to wyjdzie. Przede mną ostatni rok studiów (drugi kierunek), pisanie (drugiej) pracy magisterskiej i jej obrona, więc jak to będzie - pożyjemy zobaczymy.
Notka nie sprawdzana - nie chce mi się. Wrzucam świeżynkę od razu po napisaniu.
Niech Yaoi będzie z Wami xD.

5 cze 2017

Wyjście ze strefy "P"

Witajcie Wszyscy, którzy tu zaglądacie.
Dawno mnie nie było, z wiadomych powodów. A jak ktoś nie wie, to pisanie magisterki to był mój priorytet w ostatnim czasie. Praca została napisana - jutro oddaje ją do ostatnich poprawek do promotora i tyle mojego. Potem nauka na obronę i  haj lajf  - piekła nie ma. xD
 Notkę, którą wrzucam, nie pisałam w obecnym roku. Byłam pisana i wrzucona pod tym samym tytułem na mojego bloga na onecie (z którego się przeniosłam). Z wiadomych przyczyn nie miałam czasu nic innego pisać, poza wiadomą pracą - więc chcę wstawić, coś co kiedyś napisałam. Może ktoś miał okazję przeczytać, może nie - teraz będzie idealna okazja, by się zapoznać.
Mam nadzieje, że się spodoba.
Tyle mojej gadaniny, zapraszam do czytania.
*****
Siedział przy jednym z pustych stolików. W całej restauracji nie było nikogo, więc mógł sobie spokojnie usiąść i udawać, że jest jednym z klientów. Dzisiejsza zmiana zapowiadała się na cholernie i okropnie nudą, a do tego długą zmianę. Pogoda nie zachęcała do żadnych wyjść z domostw, więc wszyscy normalni ludzie, siedzieli w ciepłych domach, a nie mknęli na deszczu gdziekolwiek. Westchnął cicho, jednak słysząc dźwięk dzwonka wiszącego przy drzwiach i oznajmiającego przybycie klientów, poderwał się na równe nogi i podszedł odrobinę bliżej. Już miał zamiar wymówić standardową formułkę, jednak kiedy zobaczył, kto przyszedł, od razu się powstrzymał.
- Cześć – rzucił jedynie w stronę przyjaciela, który stał przemoczony do suchej nitki i wpatrywał się w niego zielonymi oczyma.
Jego wzrok był przenikliwy, że aż przewiercał się przez cała ciało i docierał do miejsc, o których nikt nie miał zielonego pojęcia. Spojrzał na niego z uśmiechem, jednak chłopak nie odwzajemnił tego gestu, co znaczyło jedno – był wściekły.
- Siadaj, siadaj Oz. Nie będziesz tak stał mokry. Ja nie długo kończę zmianę – powiedział spokojnie chłopak, chociaż z tym końcem zmiany to skłamał gładko.
- Dasz mi klucze? Pójdę do ciebie – powiedział Oz nie ruszając się z miejsca, jedynie wpatrując się uporczywie w przyjaciela. Z jego spojrzenia można było wyczytać, że odmowy w ogóle nie ma zamiaru przyjąć.
- Masz.
Młody mężczyzna wyjął pęk kluczy i dał je chłopakowi, który bez słowa chwycił je i wyszedł. Gilbert wpatrywał się w oddalającą się sylwetkę chłopaka. Chciał iść za nim, ale zapewne zostałby zwolniony, a potrzebował pieniędzy na opłaty. Cóż, marna robota to była i niezbyt dobrze płatna, ale napiwki dość spore, więc spokojnie mógł żyć z miesiąca na miesiąc. Spojrzał na zegarek. Jeszcze 4 godziny i wróci do domu, i dowie się, czemu chłopak ma taki wisielczy humor. Na pewno nie wypływała na to pogoda. Ewentualnie był skłonny do kłopotów na uczelni. Chociaż przy zdolności chłopaka, to było wręcz niemożliwe, chociaż ludzie mu dokuczali.
**
Po 4 godzinach pracy, był ledwo żywy. Nie tyle co ze zmęczenia, a raczej z nudów, która doprowadziła niemal do wybuchu jego głowy. Za dużo myślenia, za mało ludzi. Ubrał na siebie swój płaszcz i pogładził go ręką. Uwielbiał go i za niego, był zdolny do uszkodzenia kogoś. To był prezent, a o takie drogie i idealne prezenty trzeba dbać jak należy. Uśmiechnął się lekko na samo wspomnienie i biorąc parasol, opuścił lokal żegnając się ze znajomymi. Mieszkał niedaleko, jednak w taką pogodę nie zamierzał iść na pieszo. Pieszy powrót do domu równał się przemoczeniu, a to równało się chorobie, a to równało się braku pieniędzy. A do tego dopuścić nie mógł. Wsiadł w odpowiedni autobus i podjechał dwa przystanki, które dzieliły go od swojego małego mieszkania. Stanął przed drzwiami i spojrzał w górę, gdzie na pierwszy piętrze – jego piętrze -, w jego oknach paliło się światło, co znaczyło, że Oz się tam znajduje. Nacisnął klamkę i wszedł do klatki, w której po prostu śmierdziało jakąś padliną. Skrzywił się mimowolnie i biegiem pokonał schody dzielące go od jego jestestwa. Wszedł do środka, zdejmując swój płaszcz oraz buty.
- Jesteś już – usłyszał głos zielonookiego, który wpatrywał się w telewizor ubrany jedynie w bawełniane spodnie i jakąś starą koszulkę.
- Tak. Fajnie, że czekałeś.
- Miałem twoje klucze, Gil. Zapomniałeś? – spojrzał na niego przelotnie, ale zaraz wrócił do oglądania głupawego show.
- Nie zapomniałem.
Gilbert przebrał się szybko w swoje domowe rzeczy i usiadł na kanapie ze szklanką soku w ręce. Patrzył się w telewizor, chociaż po jego głowie chodziło wiele innych myśli i pytań, które chciał zadać chłopakowi.
- Jestem tym zmęczony – powiedział cicho Oz, przeczesując palcami swoje blond włosy.
- Tym?
- Tak, nie mam już siły. To zaczęło mnie męczyć – westchnął cicho, rozmasowując sobie skronie.
Czarnowłosy spojrzał na niego, jednak nic nie powiedział. Wiedział, że blondyn strasznie męczył się z tym, że we wszystkim musiał być najlepszy. To było męczące i wykańczało tego chłopaka. Medycyna jest ciężkim i pracochłonnym kierunkiem studiów i trzeba wiele poświęcić dla swojej pasji, ale Oz byłby idealny jako lekarz. Lubił leczyć i pomagać inny, a to w tym fachu liczyło się najbardziej. Gil, pamiętał jak się poznali 6 lat wcześniej. Ten młody chłopak miała taką werwę i charyzmę, taki zapał do pracy i nauki, że wszyscy mimo, że na głos go wyśmiewali, to skrycie podziwiali tego chłopaka, który z uśmiechem przyjmował wszystkie ciosy, bo tak było lepiej. Zmienił się od tamtej pory tak bardzo, że Gil ledwo go poznawał. Oz był chłodny, jakby pozbawiony wszelkich uczuć, wyprany z emocji i nie potrafiący się uśmiechać.
- Oz, gdzie jesteś? – spytał w przestrzeń, lecz kiedy natrafił na zaskoczone spojrzenie zielonych tęczówek, przekręcił głowę w bok wpatrując się w padający za oknem deszcz.
- Jestem tutaj – usłyszał w odpowiedzi, a potem poczuł ciężar na swoich kolanach.
Złotooki spojrzał na przyjaciela i lekko go przytulił. To był ich mały rytuał, a każdy dziwił się, że tak się zachowują, niczym jakaś para. Ale parą nie byli, po prostu uważali się za przyjaciół, braci, za rodzinę, chociaż czasami zdarzały się przypadkowe muśnięcia policzków, czoła, trzymanie się za ręce. Dla nich to było praktycznie normalne, chociaż dla inny wcale nie musiało takie być.
- Mogę zostać u ciebie na noc, Gil? – spytał blondyn, układając swoją głowę w zagłębieniu jego szyi.
- Jeszcze się pytasz? Jasne, że możesz – powiedział czochrając jego włosy z uśmiechem.
Brakowało mu takich chwil, spędzonych tylko we dwójkę. Odkąd Oz zaczął studiować swój wymarzony kierunek, zaczęli się od siebie oddalać i spędzać coraz mniej czasu razem. Teraz mogli to nadrobić, bo zbliżał się weekend, a co najważniejsze wolny weekend również złotookiego.
- Zostajesz u mnie na cały weekend – bardziej stwierdził, niżeli spytał czarnowłosy, w zamian usłyszał tylko ciche mruknięcie.
Odsunął drobne ciało chłopaka od siebie i przyjrzał się uśpionemu obliczu przyjaciela. Musiał sam przed sobą przyznać, że wyglądał niczym aniołek, bardzo słodki i uroczy aniołek. Zaśmiał się cicho, jednak zaraz się poprawił i zaniósł chłopaka do łóżka. Położył go na posłaniu nakrywając kołdrą. Oz spał niczym zabity, z lekkim uśmiechem na twarzy i delikatnie rozwartymi ustami, które kusiły, oj kusiły. Gilbert przełknął ślinę i czym prędzej wyszedł z sypialni od razu kierując się do łazienki. Coraz częściej łapał się na tym, że przestawał myśleć o blondynie, jako o przyjacielu, a bardziej o chłopaku, który go pociągał i czasami podniecał, chociaż ukrywał to skrzętnie, jak tylko mógł, by go nie wystraszyć. Najdziwniejsze było w tym to, że Gil był niemal w stu procentach pewien, że woli płeć piękną, a tutaj nagle taka zmian. Czyżby zaczynał zmieniać się w geja? Spojrzał w lustro na swoją postać i wybuchł cichym śmiechem. Nie chciał obudzić przyjaciela i tłumaczyć mu się ze swojego dość dziwacznego zachowania. Będąc już w łazience, zdjął ubranie i wszedł pod prysznic odkręcając gorącą wodę. Tego było mu właśnie trzeba w tej chwili, by zacząć ponownie opanowywać swoje emocje, które brały nad nim górę.
**
Oz obudził się nad ranem w silnych ramionach przyjaciela. Spojrzał na jego uśpioną twarz i zarumienił się lekko przez myśl, która przeleciała mu przez głowę. Wyplątał się z uścisku i poszedł do kuchni. To wszystko zaczynało go przytłaczać, a Gil nie rozumiał znaków, jakie do niego wysyłał. Już nie chciał być przyjacielem, TYLKO przyjacielem. Chciał zostać kimś więcej i jeśli dobrze odczytał zachowanie młodego mężczyzny, to nie był mu obojętny. Czyżby oboje byli zbyt dumni i tchórzliwi? Westchnął cicho opierając głowę o ścianę. Właściwie to nie chciał zniszczyć tych pięknych 6 lat przyjaźni, przez jakieś rodzące się w nim uczucie, które obezwładniało go. Wszedł do salonu i usiadł na fotelu, a raczej rozłożył się na nim włączając cicho telewizor. Mimo, że oczy zwrócone były w stronę odbiornika, to myśli chłopaka błądziły gdzieś indziej i nie skupiały się w ogóle na tym, co oglądał. Od kiedy właściwie, zaczął myśleć o Gilbercie, jako o kimś więcej? Może to było wtedy, kiedy na rok wyjechał z kraju bez pożegnania i tak strasznie tęsknił za nim? Pamiętał do dziś, jaką dostał burę za takie dziecinne zachowanie. Wtedy myślał, że z nimi to koniec, definitywny, jednak Gil przebaczył mu i wciąż byli jedynie przyjaciółmi. Strefa „P” zaczęła go przytłaczać, ale chyba jednak nie miał odwagi, by wyznać swoje uczucia chłopakowi. Bał się odrzucenia, a przede wszystkim utraty tych wspaniałych lat. Westchnął cicho i skupił się na oglądanym programie. Właśnie ten program podsunął mu pewien pomysł na wyjście z tej strefy i możliwe zmiany w ich życiu. Szybko przebrał się w swoje rzeczy i nabazgrał na karteczce, kilka słów wyjaśnienia i wyszedł.
**
Przez kolejne kilka dni, widywali się ze sobą codziennie i przebywali każdą wolną chwilę razem. Chociaż Gilbertowi nie było w smak, pomoc przyjacielowi w jakiejś głupiej randce w ciemno, ale co mógł zrobić? Te zielone oczy działały na niego bardzo dziwnie i zawsze potrafiły doprowadzić do zmiany decyzji, jaką podjął. Co ten chłopak w sobie miał, że tak mu ulegał? Nie wiedział, ale podświadomie czuł, że to zasługa powiększającemu się wciąż uczucie, które żywił do niego.
- Gil, słuchaj mnie! – warknął Oz wprost do jego ucha, kiedy ten odpłynął.
- He? Mówiłeś coś? – spytał, poprawiając się na ławce, na której oboje siedzieli.
Oz za pół godziny miał swoją randkę w ciemno, a Gila aż rozsadzało od środka nieznane uczucie. Zrzucił to oczywiście na brak porządnego posiłku i nie przejmował się tym więcej.
- Tak, mówię cały czas do ciebie – burknął młodszy z nich, nadymając policzki i przekręcając głowę w bok, w geście wielkiej obrazy majestatu.
- Przepraszam, zamyśliłem się. Wybaczysz mi? – mruknął złotooki wprost do jego ucha, i zobaczył, że chłopak spiął się odrobinę, więc szybko się odsunął.
Wziął ten odruch, za odrazę, więc postanowił się odsunąć. Jednak źle odczytał ten znak, gdyż Oz niemal jęknął, kiedy mężczyzna szeptał mu do ucha. Spiął się tylko dlatego, że było to nowe i wręcz oczekiwane przeżycie, ale jednocześnie tak długo wyczekiwane.
- Dobrze, nie gniewam się – odpowiedział po chwili, odwracając się w jego stronę z uśmiechem.
Musiał przez chwile uspokajać swoje rozszalałe emocje, które spowodowały, że na jego twarzy pojawił się gorący rumieniec. Wcale go nie wiedział, jednak czuł, jak płonie mu twarz, a w takim stanie nie mógł spojrzeć na swój obiekt cichych westchnień. Kiedy się w miarę uspokoił, mógł spojrzeć na niego, chociaż serce waliło mu jak oszalałe.
- Więc, o co pytałeś?
- Co mam jej mówić? – spytał cicho, chociaż dokładnie zdawał sobie sprawę z tego co powie.
- Daj jej mówić, poznajcie się. Nie zarzucaj jej gradem pytań, jak to ty potrafisz – zaśmiał się cicho, widząc oburzenie na twarzy blondyna. – Bądź miły i zachowuj się jak dżentelmen. To wszystko.
- A jeśli jej się nie spodobam? – wyszeptał najciszej jak umiał. Właściwie nie był pewien, czy nawet Gil usłyszał to pytanie.
- Głupoty pleciesz. Na pewno jej się spodobasz – powiedział spokojnie czarnowłosy, jednak gdzieś w środku skręcało go w żołądku z zazdrości.
- Dzięki, jesteś wielki – powiedział i spojrzał na zegarek. Za chwilę miała nadejść jego chwila i nie mógł jej spartolić. Od tego zależało być, albo nie być.
- To ja będę się zbierał. Baw się dobrze, a potem daj mi znać jak poszło – powiedział starszy z nich wstając z ławki.
Otrzepał spodnie i wygładził materiał płaszcza, by po chwili ruszyć spokojnym, acz leniwym krokiem przed siebie. Nie zdarzył zrobić nawet pięciu kroków, gdy Oz zatrzymał go, łapiąc za łokieć.
- Nie idź – wyszeptał, spuszczając głowę.
Złote tęczówki spojrzały na niego zaskoczone. O co mu chodziło?
- Masz przecież randkę.
Oz skinął głową na tak i wziął głęboki oddech, podnosząc głowę. Raz kozie śmierć!
- Gil, bo ja… – zaczął, i ponownie poczuł, jak jego twarz zaczyna piec. – Ja, nie mam randki. Chciałem spędzić ją z kimś dla mnie ważnym, najważniejszym, bo czuję, że tak będzie dobrze. Gilbert, chce żebyś spędził ze mną ten dzień, jako najważniejsza osoba w moim życiu – dokończył i spojrzał nieco przerażonym, ale pewnym siebie wzrokiem na chłopaka, który stał jak zamurowany.
W sumie, kto by nie był, po takim wyznaniu? Można było to wziąć, jako miłosne wyznanie i właśnie tak, odebrał je Gil. Spojrzał na blondyna, który speszony zaciskał dłonie na kurtce. To był znak, że jest zdenerwowany. Zawsze taki robił, kiedy się denerwował i łatwo było to poznać, po tym drobnym geście.
- Bardzo chcę z tobą spędzić ten dzień, Oz – powiedział po chwili ujmując jego głowę w swoje dłonie i kierując jego spojrzenie na siebie, musnął jego wargi swoimi.
To było potwierdzenie wszystkiego i zażegnanie wszelkich nieścisłości i obaw, które kłębiły się w obu młodzieńcach. Ten znak, wprowadzał w ich życie coś nowego, innego, a zarazem pięknego i wspaniałego. Wprowadzał w życie miłość, czystą, pierwszą i odwzajemnioną.

*****
I to byłoby na tyle.
Mam nadzieje, że nawet moje stare notki się podobają. :)
COŚ NOWEGO ode mnie pewnie będzie po obronie na pewno, ale kiedy to ja nie wiem i nawet nie chcę rzucać datami. Jeśli wpadnie mi coś do głowy, to siadne i napiszę. I będzie. A po obronie będzie czas, to pewnie do głowy coś wpadnie. :) Wiem, że nikogo to nie interesuje, bo nikogo to nie obchodzi i nikt tu nie wchodzi - ale komuś pomarudzić mogę.
Błędów nie sprawdzałam wtedy i teraz też mi się nie chce. Rozleniwiłam się, ot co.
Niech Yaoi będzie z Wami xD.

12 mar 2017

"Życie jest jednak nieprzewidywalne."

Witam.
Z okazji moich dzisiejszych urodzin, postanowiłam napisać notkę. I oto Ci ona! Szybko ją mi się pisało, aż sama jestem w szoku. Ale nawet jak na coś, co powstało naprawdę szybko - podoba mi się.
Trochę mnie nie było, więc postanowiłam coś napisać. Moja magisterka trochę leży i kwiczy, bo nie chcę mi się jej pisać. Szkoda, że nie idzie tak szybko i sprawnie jej pisanie, jak dzisiejszej notki. Byłoby wspaniale.
*****
Nie wiedziałem, jakim cudem znowu dałem się władować w to wszystko. Fakt, matka nalegała, i ojciec też. W sumie we dwójkę wiercili mi dziurę w brzuchu, bym udał się na to spotkanie. Ale ja wcale nie chciałem tam pójść. Nawet nie wiedziałem, co będę tam robić, o czym rozmawiać. Przyznam szczerze, że na pewno będę czuł się tam strasznie żałośnie. Ale może zacznę od tego, że mój ojciec dostał zaproszenie od szefa, by przyjść na jakaś tam imprezę w robocie z rodziną, bo wszyscy będę, bo będzie fajnie, bo trzeba się pokazać, i tym podobne. A mnie trafił szlag, bo ojciec się zgodził i zostałem zmuszony, by uczestniczyć w tym spotkaniu. Nie interesował się tym, właściwie to nic mnie nie obchodziło. Byłem zdany na siebie, więc miałem wszystko gdzieś. Taki właśnie jestem. Ale dla świętego spokoju, zgodziłem się uczestniczyć w tej farsie. Miałem nadzieję na jakiś przyjemny epizod, który będę wspominał z radością, jakaś śmieszna akcja ludzi z ojca pracy. Na to tak bardzo liczyłem, że aż mnie skręcało z podekscytowania.
- Mikołaj, masz się zachowywać – upomniała mnie po raz kolejny tego dnia matka, która denerwowała się jeszcze bardziej od ojca. Wszyscy chcieliśmy, by ojciec dostał awans, a na to stawiało, to głupie zaproszenie.
- Bez obaw, nawet mnie nie zauważycie – mruknąłem, spoglądając na telefon i rozpinając dwa guziki z eleganckiej koszuli. Matka chciała wcisnąć mnie w garniak, ale stanęło na kompromisie – spodnie od garnituru i elegancka koszula, ale bez żadnej marynarki czy krawata.
Cóż, szczerze powiedziawszy powinienem być w pracy, ale wziąłem wolne. Czego się nie robi dla rodzinki. Droga do lokalu nie zajęła tyle czasu, ile chciałbym, żeby zajęła. Wysiadłem z samochodu i stanąłem obok rodziców. Firmowy uśmiech i można podbijać cały świat. Impreza dopiero się zaczynała, ale tak naprawdę było sztywno i nudno. Aż można było się udusić. Sztucznie mili, byle przypodobywać się szefostwu. Śmiać mi się chciało z tej farsy, ale czekałem. Dzielnie znosiłem wszystko i naprawdę modliłem się do wszystkich, by stało się coś zabawnego, co rozluźni atmosferę, a mnie pozwoli się zawinąć. Jak na złość, nic się nie działo! Warknąłem pod nosem i usiadłem przy barze ze szklanką coli. Cóż, przy rodzicach nie piłem, a teraz musiałem stwarzać pozory dobrze ułożonego człowieka.
- Przepraszam, wolne? – usłyszałem obok siebie, więc spojrzałem tam.
Stała obok mnie i patrzyła na mnie niewinnym wzrokiem. Była urocza i śliczna. Ubrana w zwykłe spodnie i sweterek patrzyła na mnie z lekkim uśmiechem. Prawie sapnąłem. Skoro nie będzie żadnej akcji czy jatki, to chociaż kogoś zaliczę.
- Jasne, siadaj – odpowiedziałem z uśmiechem.
Dziewczyna zarumieniła się, ale spokojnie usiadła obok mnie. Rozmowa zaczęła się nam szybko kleić i zadziwiające było to, ile mieliśmy wspólnych tematów, które poruszaliśmy. Fakt, nie padły nasze imiona, bo oboje wiedzieliśmy, że pewnie więcej się nie spotkamy, chyba, że przypadkiem. Po kilku godzinach, naprawdę przyjemnych godzinach, zmyłem się z dziewuchą tylnym wyjściem. Ojcu napisałem, że spadam do domu, bo drętwo i nudno. Właściwie to zabrałem dziewuszkę na imprezę, na którą wybierałem się ze znajomymi, a którzy na mnie czekali już w klubie. Klub jak klub, wszyscy się bawią, piją, a nawet i czasem biją – wtedy jest najzabawniej. Przywitałem się z ochroniarzem i od razu weszliśmy do środka. Nie musiałem się legitymować, zwłaszcza, że byłem tu stałym bywalcem i znałem właściciela tego przybytku. Impreza trwała w najlepsze i rozluźniłem się. Trzymałem ją za rękę, a ona mocno ściskała moją. Najwidoczniej nie chciała się zgubić w tłumie i ścisku, który tu panował. Zabrałem ją do znajomych i posadziłem w loży. Nikt o nic nie pytał, więc od razu przeszliśmy do kilku, a może i kilkunastu głębszych. Nawet nie pamiętam, ale było mi nieźle w czubie. W środku nocy, kiedy praktycznie film mi się urwał, dziewczyna zabrała mnie do sobie. Cóż, alkohol spowodował u mnie brak umiejętności wysławiania się, więc dziewczyna była skazana na mnie. Czy się bała? Pewnie nie. Byłem tak nawalony, że nie byłem w stanie wejść po schodach.
- To tutaj – powiedziała cicho otwierając drzwi do mieszkania i pomagając mi się władować do środka.
Już w progu zaliczyłem wpadkę i cóż, runęliśmy oboje na podłogę. To ostatnie moje wspomnienie, a potem czarna dziura i nic więcej. Rano obudziłem się w kacem mordercą i w nieznanym sobie miejscu. Na szczęście koło łóżka stała butelka wodą, którą od razu niemal do połowy opróżniłem. Wygrzebałem się z łóżka i ruszyłem przed siebie. Z pokoju korytarzem doszedłem do kuchni, z którego dochodziły smakowite zapachy. Byłem głodny i skacowany.
- Cześć – powiedziała, stojąc do mnie tyłem, jednak na pewno słysząc jak włóczyłem się w stronę kuchni.
- Cześć, dzięki za przenocowanie – powiedziałem, siadając przy stoliczku, a przede mną wylądował kubek herbaty. – Dzięki.
Nie odpowiedziała, tylko wróciła do przewracania naleśników. Uwielbiałem je i miałem ochotę na jedzenie. Po kilku minutach trafił na stolik talerz z górą naleśników i talerze dla każdego. Dziewczyna usiadła i spojrzała na mnie zachęcająco.
- Jedz, smacznego – powiedziała i sama zaczęła jeść.
Nie opierdzielałem się i sam również zacząłem konsumować. To było niebo w gębie. Nie byłem wymagający, ale na kacu wszystko smakuje wyśmienicie, nawet jeśli to będzie przeżuta trawa z podwórka. Nie odzywaliśmy się do siebie cały posiłek, ja byłem zbyt pochłonięty żarciem, a ona – kto wie. Kiedy kończyliśmy do mieszkania ktoś wszedł i usłyszałem, coś co mnie wmurowało z krzesło. Jakbym stał, to bym zaliczył glebę, po prostu. Usłyszałem imię, ale nie takie zwykłe imię. A brzmiało ono ‘Radek”. Jaka dziewczyna mogła mieć na imię Radek?! Cholera! Dziewczyna okazała się Radkiem! I kiedy zauważyła, że ktoś go wydał, nic nie powiedział, tylko uśmiechnął się niewinnie.
- Jesteś facetem – warknąłem wstając raptownie.
- Nigdy nie twierdziłem inaczej – powiedział najspokojniej w świecie, a mnie nosiło. Miałem ochotę poprzestawiać mu twarz, ale tylko zakląłem i ewakuowałem się do siebie.
Jak dobrze, że do niczego nie doszło! Chyba bym sobie nigdy nie wybaczył, że spałem z facetem. Przystojnym i niewinnym, wyglądającym na dziewczynę facetem, ale wciąż jednak facetem! Nie mniej jednak przez kolejne kilkanaście dni jego obraz krążył po mojej głowie. Najpierw byłem wściekły i chciałem wrócić do niego, by mu rozkwasić nos; potem chciałem się dowiedzieć dlaczego udawał dziewczynę przede mną, że się nie zorientowałem; a na samym końcu chciałem go po prostu zobaczyć. Oczywiście tego nie zrobiłem. Widziałem go tylko wtedy na imprezie firmowej ojca, więc domyślałem się, że to dzieciak któregoś ze współpracowników, ale nie spytałem ojca. Zaraz by się zaczęło przesłuchanie, a tego chciałem uniknąć. Zawrócił mi w głowie, że nie byłem w stanie patrzeć na kogoś innego w ten sam sposób! Przespałem się jakimiś laskami, ale to nie zaspokoiło ani moich pragnień, ani moich wyobrażeń. Byłem zrezygnowany, więc poszedłem do jego mieszkania. Miałem nadzieję, na rozmowę. Ale kiedy go spotkałem, odjęło mi mowę. Wyglądał idealnie, po prostu. Był jakby moim ideałem, o którym marzyłem. Rozmawialiśmy trochę na klatce, a potem u niego. I stało się. Wylądowaliśmy w łóżku. Nie, żeby mi to przeszkadzało, bo tak zajebistego seksu nie miałem od dawna. Rzadko kiedy słyszałem tak głośne jęki, czy moje imię wypowiadane z takim podnieceniem. To mnie nakręcało do wszystkiego, a on oddawał się pokornie. Obaj czerpaliśmy radość z tego wszystkiego. Później zdarzało nam się sypiać ze sobą i nie tylko praktycznie co weekend, a nawet w ciągu tygodnia. A potem nasze drogi się rozeszły. Nie było żadnych deklaracji ani z mojej strony, ani z jego. Mimo wszystko tęskniłem, tak cholernie tęskniłem za nim, za wszystkim co razem robiliśmy.
- Mikołaj, ogarnij dupę – warknął mój najlepszy przyjaciel Paweł, który jako jeden z nieliczny wiedział o mnie i Radku.
- Tęsknie za nim – mruknąłem przeglądając jakieś czasopismo samochodowe.
- Na pewno wróci. Skoro wyjechał, to wróci.
- A jeśli nie?
- To nie! Znajdziesz sobie kogoś innego! – krzyknął wyprowadzony z równowagi Paweł. Takie rozmowy mieliśmy praktycznie codziennie i nic one nie wnosiły.
Byłem jak zakochany gówniarz tęskniący za swoją miłością dniami i nocami. Zawsze naśmiewałem się z zakochańców, a teraz sam straciłem głowę dla faceta, który nie napisał do ani nie zadzwonił do mnie. A potem zaczęło mi się układać. Ciągle miałem go w głowie i w sercu, ale musiałem zacząć żyć, jak ciągle doradzał mi Paweł. Z nikim się nie spotykałem, przygodowe seksy są znacznie fajniejsze i niezobowiązujące. Tylko wtedy mogłem ugasić na trochę moje wielkie pragnienie i tęsknotę za Radkiem. Spojrzałem na zegarek w pracy. Wiedziałem, że zacząłem dopiero swoją pracę, ale miałem ochotę już opuścić budynek. Tak mi się nie chciało tu być, że mnie skręcało w środku. Już w głowie układałem plan, który miałem wcisnąć szefowi, by dał mi wolne. Znajomy lekarz wystawiłby zwolnienie i byłby spokój. Szef uprzedził mnie, bo wezwał mnie do swojego biura. Ruszyłem na kolejne piętro i wlazłem do środka po zapukaniu do drzwi. Kultura musi być.
- No Mikołaj, nareszcie – powiedział Wojtek, starszy facet z łysinką, ale przyjemnym wyrazem twarzy. I ogólnie był przyjemnym i wyrozumiałem szefem. Takiego to ze świecą szukać, a mnie się udało.
- Dzień dobry – odpowiedziałem, podchodząc do jego biurka. – Coś się stało, że mnie pan wezwał?
- Tak, tak – klasnął w dłonie, jak małe ucieszone dziecko. Aż uśmiechnąłem się. – Od dzisiaj, a właściwie to od jutra zajmiesz się stażystą. Wdrożysz go we wszystko i pokażesz co i jak. Liczę, że pokażesz mu co i jak – powiedział wskazując na fotel obok.
Dopiero teraz zauważyłem chłopaka, który siedział w fotelu. Kiedy stanął przede mną, świat zawirował.
- Dzień dobry, jestem Radek – powiedział z lekkim uśmiechem, wyciągając ku mnie swoją dłoń.
- Mikołaj – wydukałem i uścisnąłem jego dłoń.
Od tego dnia wszystko zaczęło się układać, tak jak układać się powinno. Wszystkie moje plany wzięły w łeb, kiedy w moje życie wkroczył ponownie Radek. Wszystko sobie wyjaśniliśmy, a moje życie było wspaniałe. Pracowaliśmy i mieszkaliśmy razem. I nigdy bym nie powiedział, że poznam swoją miłość na imprezie firmowej ojca, i w dodatku wezmę go za dziewczynę. Życie jest jednak nieprzewidywalne. Ale za to jakie wspaniałe.

*****
I to byłoby na tyle.
Kiedy kolejna notka? Cóż, nie jestem w stanie tego przewidzieć, ani powiedzieć. Jak się w sobie zbiorę, to się pojawi. Jednak teraz moja magisterka jest tą najważniejszą pracą więc muszę skupić się na niej. Dopiero potem notki na bloga.
Notki nie sprawdzałam - standardowo;  wrzucam gorącą świeżynkę.
Do zobaczenia za jakiś czas. :)
Niech Yaoi będzie z Wami xD.