5 cze 2017

Wyjście ze strefy "P"

Witajcie Wszyscy, którzy tu zaglądacie.
Dawno mnie nie było, z wiadomych powodów. A jak ktoś nie wie, to pisanie magisterki to był mój priorytet w ostatnim czasie. Praca została napisana - jutro oddaje ją do ostatnich poprawek do promotora i tyle mojego. Potem nauka na obronę i  haj lajf  - piekła nie ma. xD
 Notkę, którą wrzucam, nie pisałam w obecnym roku. Byłam pisana i wrzucona pod tym samym tytułem na mojego bloga na onecie (z którego się przeniosłam). Z wiadomych przyczyn nie miałam czasu nic innego pisać, poza wiadomą pracą - więc chcę wstawić, coś co kiedyś napisałam. Może ktoś miał okazję przeczytać, może nie - teraz będzie idealna okazja, by się zapoznać.
Mam nadzieje, że się spodoba.
Tyle mojej gadaniny, zapraszam do czytania.
*****
Siedział przy jednym z pustych stolików. W całej restauracji nie było nikogo, więc mógł sobie spokojnie usiąść i udawać, że jest jednym z klientów. Dzisiejsza zmiana zapowiadała się na cholernie i okropnie nudą, a do tego długą zmianę. Pogoda nie zachęcała do żadnych wyjść z domostw, więc wszyscy normalni ludzie, siedzieli w ciepłych domach, a nie mknęli na deszczu gdziekolwiek. Westchnął cicho, jednak słysząc dźwięk dzwonka wiszącego przy drzwiach i oznajmiającego przybycie klientów, poderwał się na równe nogi i podszedł odrobinę bliżej. Już miał zamiar wymówić standardową formułkę, jednak kiedy zobaczył, kto przyszedł, od razu się powstrzymał.
- Cześć – rzucił jedynie w stronę przyjaciela, który stał przemoczony do suchej nitki i wpatrywał się w niego zielonymi oczyma.
Jego wzrok był przenikliwy, że aż przewiercał się przez cała ciało i docierał do miejsc, o których nikt nie miał zielonego pojęcia. Spojrzał na niego z uśmiechem, jednak chłopak nie odwzajemnił tego gestu, co znaczyło jedno – był wściekły.
- Siadaj, siadaj Oz. Nie będziesz tak stał mokry. Ja nie długo kończę zmianę – powiedział spokojnie chłopak, chociaż z tym końcem zmiany to skłamał gładko.
- Dasz mi klucze? Pójdę do ciebie – powiedział Oz nie ruszając się z miejsca, jedynie wpatrując się uporczywie w przyjaciela. Z jego spojrzenia można było wyczytać, że odmowy w ogóle nie ma zamiaru przyjąć.
- Masz.
Młody mężczyzna wyjął pęk kluczy i dał je chłopakowi, który bez słowa chwycił je i wyszedł. Gilbert wpatrywał się w oddalającą się sylwetkę chłopaka. Chciał iść za nim, ale zapewne zostałby zwolniony, a potrzebował pieniędzy na opłaty. Cóż, marna robota to była i niezbyt dobrze płatna, ale napiwki dość spore, więc spokojnie mógł żyć z miesiąca na miesiąc. Spojrzał na zegarek. Jeszcze 4 godziny i wróci do domu, i dowie się, czemu chłopak ma taki wisielczy humor. Na pewno nie wypływała na to pogoda. Ewentualnie był skłonny do kłopotów na uczelni. Chociaż przy zdolności chłopaka, to było wręcz niemożliwe, chociaż ludzie mu dokuczali.
**
Po 4 godzinach pracy, był ledwo żywy. Nie tyle co ze zmęczenia, a raczej z nudów, która doprowadziła niemal do wybuchu jego głowy. Za dużo myślenia, za mało ludzi. Ubrał na siebie swój płaszcz i pogładził go ręką. Uwielbiał go i za niego, był zdolny do uszkodzenia kogoś. To był prezent, a o takie drogie i idealne prezenty trzeba dbać jak należy. Uśmiechnął się lekko na samo wspomnienie i biorąc parasol, opuścił lokal żegnając się ze znajomymi. Mieszkał niedaleko, jednak w taką pogodę nie zamierzał iść na pieszo. Pieszy powrót do domu równał się przemoczeniu, a to równało się chorobie, a to równało się braku pieniędzy. A do tego dopuścić nie mógł. Wsiadł w odpowiedni autobus i podjechał dwa przystanki, które dzieliły go od swojego małego mieszkania. Stanął przed drzwiami i spojrzał w górę, gdzie na pierwszy piętrze – jego piętrze -, w jego oknach paliło się światło, co znaczyło, że Oz się tam znajduje. Nacisnął klamkę i wszedł do klatki, w której po prostu śmierdziało jakąś padliną. Skrzywił się mimowolnie i biegiem pokonał schody dzielące go od jego jestestwa. Wszedł do środka, zdejmując swój płaszcz oraz buty.
- Jesteś już – usłyszał głos zielonookiego, który wpatrywał się w telewizor ubrany jedynie w bawełniane spodnie i jakąś starą koszulkę.
- Tak. Fajnie, że czekałeś.
- Miałem twoje klucze, Gil. Zapomniałeś? – spojrzał na niego przelotnie, ale zaraz wrócił do oglądania głupawego show.
- Nie zapomniałem.
Gilbert przebrał się szybko w swoje domowe rzeczy i usiadł na kanapie ze szklanką soku w ręce. Patrzył się w telewizor, chociaż po jego głowie chodziło wiele innych myśli i pytań, które chciał zadać chłopakowi.
- Jestem tym zmęczony – powiedział cicho Oz, przeczesując palcami swoje blond włosy.
- Tym?
- Tak, nie mam już siły. To zaczęło mnie męczyć – westchnął cicho, rozmasowując sobie skronie.
Czarnowłosy spojrzał na niego, jednak nic nie powiedział. Wiedział, że blondyn strasznie męczył się z tym, że we wszystkim musiał być najlepszy. To było męczące i wykańczało tego chłopaka. Medycyna jest ciężkim i pracochłonnym kierunkiem studiów i trzeba wiele poświęcić dla swojej pasji, ale Oz byłby idealny jako lekarz. Lubił leczyć i pomagać inny, a to w tym fachu liczyło się najbardziej. Gil, pamiętał jak się poznali 6 lat wcześniej. Ten młody chłopak miała taką werwę i charyzmę, taki zapał do pracy i nauki, że wszyscy mimo, że na głos go wyśmiewali, to skrycie podziwiali tego chłopaka, który z uśmiechem przyjmował wszystkie ciosy, bo tak było lepiej. Zmienił się od tamtej pory tak bardzo, że Gil ledwo go poznawał. Oz był chłodny, jakby pozbawiony wszelkich uczuć, wyprany z emocji i nie potrafiący się uśmiechać.
- Oz, gdzie jesteś? – spytał w przestrzeń, lecz kiedy natrafił na zaskoczone spojrzenie zielonych tęczówek, przekręcił głowę w bok wpatrując się w padający za oknem deszcz.
- Jestem tutaj – usłyszał w odpowiedzi, a potem poczuł ciężar na swoich kolanach.
Złotooki spojrzał na przyjaciela i lekko go przytulił. To był ich mały rytuał, a każdy dziwił się, że tak się zachowują, niczym jakaś para. Ale parą nie byli, po prostu uważali się za przyjaciół, braci, za rodzinę, chociaż czasami zdarzały się przypadkowe muśnięcia policzków, czoła, trzymanie się za ręce. Dla nich to było praktycznie normalne, chociaż dla inny wcale nie musiało takie być.
- Mogę zostać u ciebie na noc, Gil? – spytał blondyn, układając swoją głowę w zagłębieniu jego szyi.
- Jeszcze się pytasz? Jasne, że możesz – powiedział czochrając jego włosy z uśmiechem.
Brakowało mu takich chwil, spędzonych tylko we dwójkę. Odkąd Oz zaczął studiować swój wymarzony kierunek, zaczęli się od siebie oddalać i spędzać coraz mniej czasu razem. Teraz mogli to nadrobić, bo zbliżał się weekend, a co najważniejsze wolny weekend również złotookiego.
- Zostajesz u mnie na cały weekend – bardziej stwierdził, niżeli spytał czarnowłosy, w zamian usłyszał tylko ciche mruknięcie.
Odsunął drobne ciało chłopaka od siebie i przyjrzał się uśpionemu obliczu przyjaciela. Musiał sam przed sobą przyznać, że wyglądał niczym aniołek, bardzo słodki i uroczy aniołek. Zaśmiał się cicho, jednak zaraz się poprawił i zaniósł chłopaka do łóżka. Położył go na posłaniu nakrywając kołdrą. Oz spał niczym zabity, z lekkim uśmiechem na twarzy i delikatnie rozwartymi ustami, które kusiły, oj kusiły. Gilbert przełknął ślinę i czym prędzej wyszedł z sypialni od razu kierując się do łazienki. Coraz częściej łapał się na tym, że przestawał myśleć o blondynie, jako o przyjacielu, a bardziej o chłopaku, który go pociągał i czasami podniecał, chociaż ukrywał to skrzętnie, jak tylko mógł, by go nie wystraszyć. Najdziwniejsze było w tym to, że Gil był niemal w stu procentach pewien, że woli płeć piękną, a tutaj nagle taka zmian. Czyżby zaczynał zmieniać się w geja? Spojrzał w lustro na swoją postać i wybuchł cichym śmiechem. Nie chciał obudzić przyjaciela i tłumaczyć mu się ze swojego dość dziwacznego zachowania. Będąc już w łazience, zdjął ubranie i wszedł pod prysznic odkręcając gorącą wodę. Tego było mu właśnie trzeba w tej chwili, by zacząć ponownie opanowywać swoje emocje, które brały nad nim górę.
**
Oz obudził się nad ranem w silnych ramionach przyjaciela. Spojrzał na jego uśpioną twarz i zarumienił się lekko przez myśl, która przeleciała mu przez głowę. Wyplątał się z uścisku i poszedł do kuchni. To wszystko zaczynało go przytłaczać, a Gil nie rozumiał znaków, jakie do niego wysyłał. Już nie chciał być przyjacielem, TYLKO przyjacielem. Chciał zostać kimś więcej i jeśli dobrze odczytał zachowanie młodego mężczyzny, to nie był mu obojętny. Czyżby oboje byli zbyt dumni i tchórzliwi? Westchnął cicho opierając głowę o ścianę. Właściwie to nie chciał zniszczyć tych pięknych 6 lat przyjaźni, przez jakieś rodzące się w nim uczucie, które obezwładniało go. Wszedł do salonu i usiadł na fotelu, a raczej rozłożył się na nim włączając cicho telewizor. Mimo, że oczy zwrócone były w stronę odbiornika, to myśli chłopaka błądziły gdzieś indziej i nie skupiały się w ogóle na tym, co oglądał. Od kiedy właściwie, zaczął myśleć o Gilbercie, jako o kimś więcej? Może to było wtedy, kiedy na rok wyjechał z kraju bez pożegnania i tak strasznie tęsknił za nim? Pamiętał do dziś, jaką dostał burę za takie dziecinne zachowanie. Wtedy myślał, że z nimi to koniec, definitywny, jednak Gil przebaczył mu i wciąż byli jedynie przyjaciółmi. Strefa „P” zaczęła go przytłaczać, ale chyba jednak nie miał odwagi, by wyznać swoje uczucia chłopakowi. Bał się odrzucenia, a przede wszystkim utraty tych wspaniałych lat. Westchnął cicho i skupił się na oglądanym programie. Właśnie ten program podsunął mu pewien pomysł na wyjście z tej strefy i możliwe zmiany w ich życiu. Szybko przebrał się w swoje rzeczy i nabazgrał na karteczce, kilka słów wyjaśnienia i wyszedł.
**
Przez kolejne kilka dni, widywali się ze sobą codziennie i przebywali każdą wolną chwilę razem. Chociaż Gilbertowi nie było w smak, pomoc przyjacielowi w jakiejś głupiej randce w ciemno, ale co mógł zrobić? Te zielone oczy działały na niego bardzo dziwnie i zawsze potrafiły doprowadzić do zmiany decyzji, jaką podjął. Co ten chłopak w sobie miał, że tak mu ulegał? Nie wiedział, ale podświadomie czuł, że to zasługa powiększającemu się wciąż uczucie, które żywił do niego.
- Gil, słuchaj mnie! – warknął Oz wprost do jego ucha, kiedy ten odpłynął.
- He? Mówiłeś coś? – spytał, poprawiając się na ławce, na której oboje siedzieli.
Oz za pół godziny miał swoją randkę w ciemno, a Gila aż rozsadzało od środka nieznane uczucie. Zrzucił to oczywiście na brak porządnego posiłku i nie przejmował się tym więcej.
- Tak, mówię cały czas do ciebie – burknął młodszy z nich, nadymając policzki i przekręcając głowę w bok, w geście wielkiej obrazy majestatu.
- Przepraszam, zamyśliłem się. Wybaczysz mi? – mruknął złotooki wprost do jego ucha, i zobaczył, że chłopak spiął się odrobinę, więc szybko się odsunął.
Wziął ten odruch, za odrazę, więc postanowił się odsunąć. Jednak źle odczytał ten znak, gdyż Oz niemal jęknął, kiedy mężczyzna szeptał mu do ucha. Spiął się tylko dlatego, że było to nowe i wręcz oczekiwane przeżycie, ale jednocześnie tak długo wyczekiwane.
- Dobrze, nie gniewam się – odpowiedział po chwili, odwracając się w jego stronę z uśmiechem.
Musiał przez chwile uspokajać swoje rozszalałe emocje, które spowodowały, że na jego twarzy pojawił się gorący rumieniec. Wcale go nie wiedział, jednak czuł, jak płonie mu twarz, a w takim stanie nie mógł spojrzeć na swój obiekt cichych westchnień. Kiedy się w miarę uspokoił, mógł spojrzeć na niego, chociaż serce waliło mu jak oszalałe.
- Więc, o co pytałeś?
- Co mam jej mówić? – spytał cicho, chociaż dokładnie zdawał sobie sprawę z tego co powie.
- Daj jej mówić, poznajcie się. Nie zarzucaj jej gradem pytań, jak to ty potrafisz – zaśmiał się cicho, widząc oburzenie na twarzy blondyna. – Bądź miły i zachowuj się jak dżentelmen. To wszystko.
- A jeśli jej się nie spodobam? – wyszeptał najciszej jak umiał. Właściwie nie był pewien, czy nawet Gil usłyszał to pytanie.
- Głupoty pleciesz. Na pewno jej się spodobasz – powiedział spokojnie czarnowłosy, jednak gdzieś w środku skręcało go w żołądku z zazdrości.
- Dzięki, jesteś wielki – powiedział i spojrzał na zegarek. Za chwilę miała nadejść jego chwila i nie mógł jej spartolić. Od tego zależało być, albo nie być.
- To ja będę się zbierał. Baw się dobrze, a potem daj mi znać jak poszło – powiedział starszy z nich wstając z ławki.
Otrzepał spodnie i wygładził materiał płaszcza, by po chwili ruszyć spokojnym, acz leniwym krokiem przed siebie. Nie zdarzył zrobić nawet pięciu kroków, gdy Oz zatrzymał go, łapiąc za łokieć.
- Nie idź – wyszeptał, spuszczając głowę.
Złote tęczówki spojrzały na niego zaskoczone. O co mu chodziło?
- Masz przecież randkę.
Oz skinął głową na tak i wziął głęboki oddech, podnosząc głowę. Raz kozie śmierć!
- Gil, bo ja… – zaczął, i ponownie poczuł, jak jego twarz zaczyna piec. – Ja, nie mam randki. Chciałem spędzić ją z kimś dla mnie ważnym, najważniejszym, bo czuję, że tak będzie dobrze. Gilbert, chce żebyś spędził ze mną ten dzień, jako najważniejsza osoba w moim życiu – dokończył i spojrzał nieco przerażonym, ale pewnym siebie wzrokiem na chłopaka, który stał jak zamurowany.
W sumie, kto by nie był, po takim wyznaniu? Można było to wziąć, jako miłosne wyznanie i właśnie tak, odebrał je Gil. Spojrzał na blondyna, który speszony zaciskał dłonie na kurtce. To był znak, że jest zdenerwowany. Zawsze taki robił, kiedy się denerwował i łatwo było to poznać, po tym drobnym geście.
- Bardzo chcę z tobą spędzić ten dzień, Oz – powiedział po chwili ujmując jego głowę w swoje dłonie i kierując jego spojrzenie na siebie, musnął jego wargi swoimi.
To było potwierdzenie wszystkiego i zażegnanie wszelkich nieścisłości i obaw, które kłębiły się w obu młodzieńcach. Ten znak, wprowadzał w ich życie coś nowego, innego, a zarazem pięknego i wspaniałego. Wprowadzał w życie miłość, czystą, pierwszą i odwzajemnioną.

*****
I to byłoby na tyle.
Mam nadzieje, że nawet moje stare notki się podobają. :)
COŚ NOWEGO ode mnie pewnie będzie po obronie na pewno, ale kiedy to ja nie wiem i nawet nie chcę rzucać datami. Jeśli wpadnie mi coś do głowy, to siadne i napiszę. I będzie. A po obronie będzie czas, to pewnie do głowy coś wpadnie. :) Wiem, że nikogo to nie interesuje, bo nikogo to nie obchodzi i nikt tu nie wchodzi - ale komuś pomarudzić mogę.
Błędów nie sprawdzałam wtedy i teraz też mi się nie chce. Rozleniwiłam się, ot co.
Niech Yaoi będzie z Wami xD.