Witam wszystkich w ten świąteczny czas.
Postawiłam sobie za punkt honoru, by napisać notkę i oto i ona.
Świąteczna bardziej lub mniej, ale mnie się podoba. I mam nadzieje, że i Wam się spodoba.
A w ten świąteczny czas, chcę Wam życzyć wszystkiego dobrego, zdrowia przede wszystkim bo to jest najważniejsze, szczęścia, miłości, radości z każdego dnia, pogody ducha i spełniajcie marzenia! A w nowym roku 2018 by wszystko się Wam, Nam udawało, dobrze wiodło, by rok 2018 był lepszy niż ten powoli już przemijający. Zdrowia, szczęścia, miłości i wszelkiej pomyślności na te święta oraz w nowym roku życzy Kimi.
A w ten świąteczny czas, chcę Wam życzyć wszystkiego dobrego, zdrowia przede wszystkim bo to jest najważniejsze, szczęścia, miłości, radości z każdego dnia, pogody ducha i spełniajcie marzenia! A w nowym roku 2018 by wszystko się Wam, Nam udawało, dobrze wiodło, by rok 2018 był lepszy niż ten powoli już przemijający. Zdrowia, szczęścia, miłości i wszelkiej pomyślności na te święta oraz w nowym roku życzy Kimi.
Zapraszam do czytania.
Wesołych Świąt oraz Szczęśliwego 2018 Roku!
Wesołych Świąt oraz Szczęśliwego 2018 Roku!
*****
Zapakowałem choinkę i podałem kolejnemu klientowi. Okres
przedświąteczny to jak wiadomo kupowanie choinek. Pracowałem jako sprzedawca
właśnie tych drzewek i cóż, nie powiem, żeby wiodło mi się jakoś super.
Wszystko zależało od pogody, ceny, zbliżających się Świąt. Bo wiadomo jak
pogoda dopasowała to i mogłem stać i sprzedawać, jak zimno i pizga – to
zapomnij, nawet gorąca herbata nie pomagała. Nie było bata, bym marzł. Ale cóż,
pogoda nie wybiera, więc i w taką pogodę stałem z tymi drzewkami. Klientela przychodziła,
oglądała, kupowała bądź nie i odchodziła. Tak mijał mi niemal cały dzień. Albo
chociaż moja zmiana. Bo szef litował się i pozwalał nam pracować po 4 godziny,
więc albo zmiana od 10 do 14 albo od 14 do 18. Wolałem zdecydowanie tą drugą
opcję. Więcej klientów, więc ganiałem między tymi drzewkami jak opętany i nie
marzłem, a przynajmniej nie tak bardzo jak bym mógł. Praca dorywcza, którą mimo
wszystko lubiłem. Lubiłem ten kontakt z klientem, więc nie narzekałem za
bardzo. Usiadłem na krzesełku i zgarnąłem ze stoliczka kubek termiczny z moją
herbatą. Było dość chłodno, a ja dłoni nie czułem. Fakt, miałem rękawiczki, ale
pakowanie choinek nie należało do najfajniejszych zajęć, zwłaszcza w
rękawiczkach. Upiłem łyka i uśmiechnąłem się lekko. Właściwie to powinienem
teraz zakuwać na pierwsze w tym roku koło, ale w sumie to nie bardzo miałem
czas i ochotę. Uśmiechnąłem się do małego chłopca, który zaczął przyglądać się
drzewkom. Obserwowałem go kątem oka, jak zachwycony ogląda je z każdej możliwej
strony. Dla dzieci święta to był magiczny czas. Czasem chciałbym znowu wrócić
do tych chwil, kiedy niczym się nie martwiłem. Życie dorosłego człowieka
porażało brakiem czasu, chęci, a magia świąt odchodziła w niepamięć, kiedy
trzeba było szykować, sprzątać, kupować. I gdzie tu radość? Westchnąłem
odstawiając kubek i podszedł do chłopca, który oglądał największą choinkę z
możliwych. Przynajmniej w dniu dzisiejszym to była największa, jaką posiadałem
na stanie. Owszem, były większe, ale przecież nikt by ich nie zostawiał tutaj,
tylko w głównej bazie. Jak ktoś potrzebował wielką choinkę, to składał
zamówienie, a szef dowoził wielkoluda na miejsce i wszyscy byli zadowoleni.
- Podoba ci się? – spytałem, kucając obok.
- Tak, bardzo – chłopiec spojrzał na mnie i uśmiechnął się lekko. – Chciałbym taką mieć w domu.
Uśmiechnąłem się lekko i poczochrałem głowę chłopca, bo z włosami było ciężko przez czapkę. Też bym chciał taką, nie będę kłamać. Ale co tam, jakąś miniaturkę wezmę w Wigilię i postawię w pokoju. W końcu mieszkałem na stancji, współlokatorzy ewakuowali się do domów, więc chatę miałem sam dla siebie, a choinka musiała być. Chociażby ze względu na miejsce, gdzie aktualnie pracowałem.
- Grzesiek! – usłyszałem, a chłopiec podskoczył i spojrzał między drzewka. Zainteresowany spojrzałem za nim.
Między drzewami kręcił się chłopak, na oko może w moim wieku, może młodszy, może starszy. Cholera ciężko ocenić w tych zimowych ciuchach. W wakacje nie miałbym takiego problemu z określeniem wieku, a przynajmniej tak mi się zdawało. Chłopak podszedł do nas i walnął dzieciaka w ramię. Albo może pacnął?
- Gdzie ty się szwendasz?! Odwróciłem się na chwilę, a ty nawiałeś! Matka by mi flaki wypruła, jakbyś się zawieruszył – warknął chłopak, spoglądając ze złością na młodego dzieciaka, który uśmiechał się niepewnie. – Czego cieszysz miche?
- Bo mnie znalazłeś – odpowiedział z radością i spojrzał znowu na choinkę.
Dzieciak mnie trochę przerażał. Chłopak się na niego no trochę nadzierał, a ten mu wali uśmiechem? Dość szczerbatym napomknę. Dzięki Bogu, że nie miałem młodszego rodzeństwa, bo pewnie byłbym niewiele lepszy od tego tu.
- Kiedy mogę kupić choinkę? – spytał dzieciak, szarpiąc mnie za rękaw bluzy.
Spojrzałem na dzieciaka i podrapałem się z tyłu głowy. Trochę nie ogarnąłem pytania, ale zaraz się zreflektowałem i odpowiedziałem:
- Kiedy chcesz. Nawet w Wigilię.
Młody uśmiechnął się w szczerbaty, ale miły sposób, chwycił brata za rękę i poszli. Spoglądałem za nimi chwilę i wróciłem do roboty, bo pojawili się kolejni klienci-oglądacze. Z szelmowskim uśmiechem pracowałem do końca swojej zmiany i kiedy nadeszła godzina pójścia do chaty, byłem wniebowzięty. Zmarzłem, a rąk nie czułem. Palce mi skostniały od tego przekładania choinek w te i we te. Ale nie gardzę pracą, co to to nie. Lubiłem ją, mimo pizgawicy. Ogarnąłem ogródek, pochowałem, pozamykałem i hulaj dusza do domu. Chciałem szybko wrócić i zjeść coś ciepłego, obejrzeć głupkowatego i pójść spać o normalnej godzinie. A w domu czekała na mnie niespodzianka. Kiedy tylko otworzyłem drzwi i zobaczyłem kolorowe tenisówki - zimową porą tenisówki?! jego pogrzało, niezaprzeczalnie - już wiedziałem, że mój magiczny plan legnie w gruzach.
- Cześć – mruknąłem wchodząc do kuchni i włączając czajnik.
Kacper na mój widok rozpromienił się i rzucił się do zrobienia mi herbaty. Kacper był młodszym bratem jednej z moich współlokatorek, który był we mnie, podobno, nieziemsko zakochany. Nie powiem, żeby nie był przystojny, bo bym skłamał, ale jak na swój wiek, był niezwykle dziecinny i głupi, co kuło po oczach, zwłaszcza mnie.
- Cześć – odpowiedział uśmiechając się lekko i podając mi kubek z parującą herbatą. – Jak w pracy? Ja bym w taką pogodę nie wytrzymał, zwłaszcza na popołudniowej zmianie…
I zaczął trajkotać. Właściwie nie wiedziałem czemu tu jest, skoro Sabina pojechała już do domu, jak na przykładnego studenta przystało, ale gówniarz był zbyt obowiązkowy z tego co wiedziałem, by odpuszczać zajęcia. W końcu był dopiero na pierwszym roku studiów i chłopak dorośnie do pewnych decyzji.
- Stop – uciszyłem go. – Co ty właściwie robisz?
- Sabina poprosiła by zabrać jej kilka rzeczy, to przyszedłem.
- Zabieraj i spadaj.
Spojrzał na mnie zaskoczony, wielkimi ślepiami. Gdyby mi grał trochę mniej na nerwach, to pewnie bym dał się pochłonąć tym wielkim oczom, ale nie dałem mu tej satysfakcji. Kacper mi się podobał i wiązałem z nim jedynie jednorazowy epizod – za co jego siostra urwałaby mi, o zgrozo, jaja – ale nic więcej. To nie był chłopak dla mnie. Miałem zasadę – nie wiązałem się, nie sypiałem z rodzeństwem osób z którymi mieszkałem lub się przyjaźniłem. Więc Kacper nie mógł złamać mojej zasady, o czym dobrze wiedział, a i tak próbował dalej. Z mega marnym skutkiem, ale się nie zrażał. Chyba powinienem mu dobitnie uświadomić, że NIC między nami nie będzie. Eh, życie jest takie skomplikowane. Kacper pojąwszy, że nic nie wskóra, znowu, zabrał przygotowane wcześniej rzeczy i ewakuował się.
- Część Miłosz. Wesołych i szczęśliwego – powiedział na odchodnym.
- Wzajemnie – odpowiedziałem i pochłonęła mnie cisza. W końcu upragniona cisza.
Kolejny dzień jak co dzień. Praca, choinki, kartony, choinki, klienci, choinki, herbata, kibel, choinki, koniec pracy. Mój grafik dzienny był monotonny, po prostu. Codziennie to samo, i w kółko. Ale mnie to nie przeszkadzało. Nie przeszkadzała mi ta monotonia odkąd niemal codziennie na stoisku pojawiał się Grzesiek. Przyłaził oglądać choinki i każdego dnia wybierał inną, w której się zakochiwał. Wybierał i wybierał.
- Ile jeszcze choinek wybierzesz? – spytałem, podając mu kubek z herbatą.
Szarpnąłem się i kupiłem dodatkowy kubek, by młody miał w czym się napić. Chociaż bardziej zainteresował mnie jego starszy brat, który po niego przychodził.
- Nie mogę się zdecydować – młody wzruszył ramionami.
- Masakra. Tyle z tobą problemu – dodał Kornel, który stał za moimi plecami, a mnie przeszły ciarki, kiedy smyrnął mnie ręką po karku.
Kornel był idealny, no może nie, ale w moich oczach taki właśnie był. Rzadko kiedy tak o kimś myślałem, ale o nim mogłem. Nic nie mogłem poradzić, że zawrócił mi w głowie odkąd się poznaliśmy. A wszystko dzięki Grześkowi, za co byłem młodemu mega wdzięczny. Kornel również studiował, ale na innej uczelni i całkowicie inny kierunek ode mnie. Był ścisłowcem w przeciwieństwie do mnie, swoje plany miał również dość sprecyzowane, w przeciwieństwie do mnie. Ja żyłem chwilą, on twardo stąpał po ziemi. Różniliśmy się, ale podobało mi się to. Lubiłem nasze słowne przepychanki, nawet jeśli by nic między nami nie zaszło poza przyjaźnią, nie żałowałbym niczego. Chociaż już nie raz i nie dwa, dochodziłem w nocy wyobrażając sobie nasz seks. Trzepałem sobie kilka razy myśląc o nim. Jak dobrze, że w chacie nie było nikogo, więc mogłem pozwalać sobie na chwile zapomnienia. Kornel chodził mi po głowie i błądził w moich myślach, i za cholerę, nie mogłem się go pozbyć. Właściwie to również nie chciałem. Odkąd poinformowałem Kacpra, że między nami nic nigdy, przenigdy, na tym świecie i na tamtym nie będzie – miałem spokój w każdym tego słowa znaczeniu.
- Miłosz! – usłyszałem i spojrzałem na braci zdezorientowany.
- Klienci – powiedział Kornel wskazując dłonią ludzi, który z uśmiechem patrzyli wprost na mnie.
- Robota wzywa, na razie – powiedziałem chłopakom i ruszyłem ku przygodzie.
Obejrzałem się raz i spojrzałem wprost w brązowe oczy Kornela, który zaskoczony i chyba speszony, a co lepsze, ZARUMIENIONY spuścił wzrok, złapał Grześka za rękę i pognali z pola mojego wzroku. Szczerzyłem się jak głupi do sera, do końca zmiany. Boże, dziękuję Ci za święta! Wiem, że nie jestem najgrzeczniejszy i najmilszy, ale chciałbym, żeby Kornel coś do mnie czuł. Parsknąłem śmiechem uświadomiwszy sobie, że prawdopodobnie się zadłużyłem. Ja! Co te chłopak ze mną wyrabiał, że właśnie takie rzeczy musiałem sobie uświadamiać.
Moja praca zbliżała się ku końcowi. Dzień przed Wigilią było sporo klientów, więc nie miałem czasu nawet dobrze napić się herbaty, a co dopiero zamienić z jakimś znajomym chociaż słowo. Ludzie poszaleli i na ostatnią chwilę po choinki przyleźli. W sumie to im się nie dziwiłem. Też bym tak zrobił, by mieć jak najświeższą choinkę, która dłużej postoi.
I nastała Wigilia. Ostatni dzień pracy. Miałem dzisiaj stać z choinkami samotnie, ponieważ mój zmiennik już wyjechał, a ja skoro zostawałem, w swojej łaskawości, wziąłem jego zmianę. I tak oto Panie i Panowie, łaziłem między tymi choinkami i pakowałem je wszystkim, którzy tego chcieli. Wigilia zawsze wzorowała się tym, że wyprzedawaliśmy choinki niemal 50% taniej od ceny wyjściowej, nie wszystkie, ale większość drzewek znacznie potaniała. Nawet w taki dzień ludzi kupowali drzewka, by w domu w świątecznej atmosferze je przyozdobić różnymi pierdołami. Padał śnieg i atmosfera na dworze robiła się naprawdę przyjemna. Czuć było, że to święta. Może nie było jakoś przeraźliwie zimno i pewnie do wieczora po śniegu nie zostanie nawet ślad, ale skupmy się na pozytywach – zawsze lepsze to niż deszcz. Uśmiechnąłem się podając ostatniemu klientowi zapakowaną choinkę i życząc Wesołych Świąt. Zbliżała się godzina 14 i koniec mojej dniówki. Szef miał pojawić się koło godziny przed zamknięciem, więc miał już poślizg. Pewnie coś się stało w postoję trochę dłużej. Westchnąłem i zasiadłem na swoim krzesełku z kubkiem herbaty. Na horyzoncie wypatrzyłem już Grześka z Kornelem, którzy zmierzali w moją stronę. W ciągu ostatnich dwóch, może trzech dni, nie miałem czasu zamienić z nimi nawet słów. Nie tylko przez nadmiar pracy – w końcu jej tyle nie było – ale przez Kornela, który zwyczajnie nawiewał kiedy mnie widział. Zabierał Grześka i czmychał, jak spłoszone zwierzę. Uśmiechnąłem się w ich stronę i pomachałem ręką.
- Cześć Miłosz – powiedział Grześ, a Kornel tylko skinął głową.
- Się uparł i przylazł kupić u ciebie choinkę – dodał po chwili starszy z braci.
- To świetnie, bo zaraz zawijam manatki i spadam na chatę – powiedziałem wstając.
Grzesiek wlazł między choinki i tyle go widzieliśmy.
- Się uparł, ojciec nie długo ma zajechać po nas z tą choinką, więc może do tego czasu jakąś wybierze – przerwał ciszę Kornel.
- Znając Grześka, to marne szanse.
- Ta, też tak myślę.
I nastała cisza przerywana jedynie co jakiś czas cichym zachwytem dobiegającym gdzieś, skądś. Kornel widocznie skrępowany, ja nie bardzo wiedziałem co powiedzieć. Pewnie możemy się więcej nie spotkać, bo w końcu Kornel studiuje w innym mieście. Nie wiedziałem, czy chcę ryzykować. Nigdy nie byłem w takiej sytuacji i nie czułem się pewnie. Musiałem wyglądać jak debil, bo Grzesiek, który stanął przed nami parsknął śmiechem.
- Wybrałem choinkę, jest idealna. I zmieści tonę prezentów od Mikołaja w tym roku – powiedział, kiedy się uspokoił i pociągnął nas do wybranego drzewka.
Choinka jak choinka, zwykła, prosta, nie wysoka. Nie różniąca się za wiele od ciągu choinek w tym miejscu. Ale skoro taką wybrał, to niech i ma. Zabrałem się za pakowanie drzewka i chwilę później podałem ją ojcu chłopaków.
- Jest i ona.
- Dzięki Miłosz – powiedział uradowany Grzesiek.
- Nie ma za co. I Wesołych Świąt dla wszystkich – powiedziałem, kiedy rodzina wpakowywała się już samochodu, poza Kornelem, który ociągał się z wejściem do auta.
Złapałem go za rękę i szepnąłem jedynie: „o 20 przy głównej choince” i odszedłem. Nie czekałem na reakcję młodego, bo nie widziałem sensu. Chodził mi po głowie i postanowiłem zaryzykować. Jeśli się nie pojawi, to przecież nic się nie stanie. Będę z tym musiał żyć, że ktoś mi się oparł. Byłem przerażony tym wszystkim. Pierwszy raz zaryzykowałem i liczyłem, że się opłaci. Liczyłem się z tym, że się nie pojawi, że nie odrzuci, czy będzie chciał tylko przyjaźni. Ale kiedy zbliżała się już godzina 20 byłem przerażony i niemal pewny, że się nie pojawi. Byłem pewny i z miną wisielca lazłem, a może pełzłem przez opustoszałe miasto. Jak się spodziewałem, po śniegu nie było śladu. Plusowa temperatura na zewnątrz i oczekiwane przez wszystkich, i tych małych, i tych dużych, białe święta poszły się jebać. Zaśmiałem się cicho. Światełka mieniły się na wszelkie kolory, ozdoby ze sklepów mrugały, w tle słychać było nawet jakaś świąteczną muzyczkę. Miasto się w tym roku jakoś szarpnęło, albo to mnie już odbiło i słyszę rzeczy, których nie słychać. Wariuję. Przeczesałem dłonią włosy i nim się spostrzegłem, stałem już przed choinką, wielką, ozdobioną lampkami choinką. Przegryzałem wewnętrzną stronę policzka z nerwów. Jak ja się denerwowałem, to pewnie nikt nawet nie wie. Sam nie wiedziałem, póki nie dostrzegłem go, biegnącego w moją stronę. Spojrzałem na zegarek, który wskazywał 20.30. Tak nerwowy byłem, że nawet nie zdałem sobie sprawy, że tyle czekałem.
- Przepraszam za spóźnienie, nie mogłem się wcześniej wyrwać – powiedział, kiedy stanął koło mnie i uspokoił oddech. – Myślałem, że już cię nie będzie.
- Pewnie nie powinno być. Wyrwałem cię ze świątecznego stołu, przepraszam.
- Nie przepraszaj, sam chciałem już wyjść. Nużyło mnie to wszystko.
Spojrzałem na niego i, o kurwa, zaryzykowałem po raz drugi w ciągu jednego dnia. Chwyciłem za ramiona i pocałowałem. Świat zawirował, kiedy oddał pocałunek. Kiedy się od niego odsunąłem, nie mogłem uwierzyć w to co się właśnie stało. Szczypnąłem się w dłoń, i cholera, to działo się naprawdę.
- Myślałem, że nie zajarzysz – mruknął Kornel z lekkim uśmiechem i czerwonymi policzkami. Cholera, wyglądał mega słodko i uroczo.
- Ja też. Wesołych Świąt – powiedziałem szczerząc się radośnie.
- Wesołych Świąt – odpowiedział i pocałował mnie. Święta są cudowne, zdecydowanie.
A w oddali słyszałem „All I want for Christmas is you…” Mariah Carey. Albo mi się zdawało.
- Tak, bardzo – chłopiec spojrzał na mnie i uśmiechnął się lekko. – Chciałbym taką mieć w domu.
Uśmiechnąłem się lekko i poczochrałem głowę chłopca, bo z włosami było ciężko przez czapkę. Też bym chciał taką, nie będę kłamać. Ale co tam, jakąś miniaturkę wezmę w Wigilię i postawię w pokoju. W końcu mieszkałem na stancji, współlokatorzy ewakuowali się do domów, więc chatę miałem sam dla siebie, a choinka musiała być. Chociażby ze względu na miejsce, gdzie aktualnie pracowałem.
- Grzesiek! – usłyszałem, a chłopiec podskoczył i spojrzał między drzewka. Zainteresowany spojrzałem za nim.
Między drzewami kręcił się chłopak, na oko może w moim wieku, może młodszy, może starszy. Cholera ciężko ocenić w tych zimowych ciuchach. W wakacje nie miałbym takiego problemu z określeniem wieku, a przynajmniej tak mi się zdawało. Chłopak podszedł do nas i walnął dzieciaka w ramię. Albo może pacnął?
- Gdzie ty się szwendasz?! Odwróciłem się na chwilę, a ty nawiałeś! Matka by mi flaki wypruła, jakbyś się zawieruszył – warknął chłopak, spoglądając ze złością na młodego dzieciaka, który uśmiechał się niepewnie. – Czego cieszysz miche?
- Bo mnie znalazłeś – odpowiedział z radością i spojrzał znowu na choinkę.
Dzieciak mnie trochę przerażał. Chłopak się na niego no trochę nadzierał, a ten mu wali uśmiechem? Dość szczerbatym napomknę. Dzięki Bogu, że nie miałem młodszego rodzeństwa, bo pewnie byłbym niewiele lepszy od tego tu.
- Kiedy mogę kupić choinkę? – spytał dzieciak, szarpiąc mnie za rękaw bluzy.
Spojrzałem na dzieciaka i podrapałem się z tyłu głowy. Trochę nie ogarnąłem pytania, ale zaraz się zreflektowałem i odpowiedziałem:
- Kiedy chcesz. Nawet w Wigilię.
Młody uśmiechnął się w szczerbaty, ale miły sposób, chwycił brata za rękę i poszli. Spoglądałem za nimi chwilę i wróciłem do roboty, bo pojawili się kolejni klienci-oglądacze. Z szelmowskim uśmiechem pracowałem do końca swojej zmiany i kiedy nadeszła godzina pójścia do chaty, byłem wniebowzięty. Zmarzłem, a rąk nie czułem. Palce mi skostniały od tego przekładania choinek w te i we te. Ale nie gardzę pracą, co to to nie. Lubiłem ją, mimo pizgawicy. Ogarnąłem ogródek, pochowałem, pozamykałem i hulaj dusza do domu. Chciałem szybko wrócić i zjeść coś ciepłego, obejrzeć głupkowatego i pójść spać o normalnej godzinie. A w domu czekała na mnie niespodzianka. Kiedy tylko otworzyłem drzwi i zobaczyłem kolorowe tenisówki - zimową porą tenisówki?! jego pogrzało, niezaprzeczalnie - już wiedziałem, że mój magiczny plan legnie w gruzach.
- Cześć – mruknąłem wchodząc do kuchni i włączając czajnik.
Kacper na mój widok rozpromienił się i rzucił się do zrobienia mi herbaty. Kacper był młodszym bratem jednej z moich współlokatorek, który był we mnie, podobno, nieziemsko zakochany. Nie powiem, żeby nie był przystojny, bo bym skłamał, ale jak na swój wiek, był niezwykle dziecinny i głupi, co kuło po oczach, zwłaszcza mnie.
- Cześć – odpowiedział uśmiechając się lekko i podając mi kubek z parującą herbatą. – Jak w pracy? Ja bym w taką pogodę nie wytrzymał, zwłaszcza na popołudniowej zmianie…
I zaczął trajkotać. Właściwie nie wiedziałem czemu tu jest, skoro Sabina pojechała już do domu, jak na przykładnego studenta przystało, ale gówniarz był zbyt obowiązkowy z tego co wiedziałem, by odpuszczać zajęcia. W końcu był dopiero na pierwszym roku studiów i chłopak dorośnie do pewnych decyzji.
- Stop – uciszyłem go. – Co ty właściwie robisz?
- Sabina poprosiła by zabrać jej kilka rzeczy, to przyszedłem.
- Zabieraj i spadaj.
Spojrzał na mnie zaskoczony, wielkimi ślepiami. Gdyby mi grał trochę mniej na nerwach, to pewnie bym dał się pochłonąć tym wielkim oczom, ale nie dałem mu tej satysfakcji. Kacper mi się podobał i wiązałem z nim jedynie jednorazowy epizod – za co jego siostra urwałaby mi, o zgrozo, jaja – ale nic więcej. To nie był chłopak dla mnie. Miałem zasadę – nie wiązałem się, nie sypiałem z rodzeństwem osób z którymi mieszkałem lub się przyjaźniłem. Więc Kacper nie mógł złamać mojej zasady, o czym dobrze wiedział, a i tak próbował dalej. Z mega marnym skutkiem, ale się nie zrażał. Chyba powinienem mu dobitnie uświadomić, że NIC między nami nie będzie. Eh, życie jest takie skomplikowane. Kacper pojąwszy, że nic nie wskóra, znowu, zabrał przygotowane wcześniej rzeczy i ewakuował się.
- Część Miłosz. Wesołych i szczęśliwego – powiedział na odchodnym.
- Wzajemnie – odpowiedziałem i pochłonęła mnie cisza. W końcu upragniona cisza.
Kolejny dzień jak co dzień. Praca, choinki, kartony, choinki, klienci, choinki, herbata, kibel, choinki, koniec pracy. Mój grafik dzienny był monotonny, po prostu. Codziennie to samo, i w kółko. Ale mnie to nie przeszkadzało. Nie przeszkadzała mi ta monotonia odkąd niemal codziennie na stoisku pojawiał się Grzesiek. Przyłaził oglądać choinki i każdego dnia wybierał inną, w której się zakochiwał. Wybierał i wybierał.
- Ile jeszcze choinek wybierzesz? – spytałem, podając mu kubek z herbatą.
Szarpnąłem się i kupiłem dodatkowy kubek, by młody miał w czym się napić. Chociaż bardziej zainteresował mnie jego starszy brat, który po niego przychodził.
- Nie mogę się zdecydować – młody wzruszył ramionami.
- Masakra. Tyle z tobą problemu – dodał Kornel, który stał za moimi plecami, a mnie przeszły ciarki, kiedy smyrnął mnie ręką po karku.
Kornel był idealny, no może nie, ale w moich oczach taki właśnie był. Rzadko kiedy tak o kimś myślałem, ale o nim mogłem. Nic nie mogłem poradzić, że zawrócił mi w głowie odkąd się poznaliśmy. A wszystko dzięki Grześkowi, za co byłem młodemu mega wdzięczny. Kornel również studiował, ale na innej uczelni i całkowicie inny kierunek ode mnie. Był ścisłowcem w przeciwieństwie do mnie, swoje plany miał również dość sprecyzowane, w przeciwieństwie do mnie. Ja żyłem chwilą, on twardo stąpał po ziemi. Różniliśmy się, ale podobało mi się to. Lubiłem nasze słowne przepychanki, nawet jeśli by nic między nami nie zaszło poza przyjaźnią, nie żałowałbym niczego. Chociaż już nie raz i nie dwa, dochodziłem w nocy wyobrażając sobie nasz seks. Trzepałem sobie kilka razy myśląc o nim. Jak dobrze, że w chacie nie było nikogo, więc mogłem pozwalać sobie na chwile zapomnienia. Kornel chodził mi po głowie i błądził w moich myślach, i za cholerę, nie mogłem się go pozbyć. Właściwie to również nie chciałem. Odkąd poinformowałem Kacpra, że między nami nic nigdy, przenigdy, na tym świecie i na tamtym nie będzie – miałem spokój w każdym tego słowa znaczeniu.
- Miłosz! – usłyszałem i spojrzałem na braci zdezorientowany.
- Klienci – powiedział Kornel wskazując dłonią ludzi, który z uśmiechem patrzyli wprost na mnie.
- Robota wzywa, na razie – powiedziałem chłopakom i ruszyłem ku przygodzie.
Obejrzałem się raz i spojrzałem wprost w brązowe oczy Kornela, który zaskoczony i chyba speszony, a co lepsze, ZARUMIENIONY spuścił wzrok, złapał Grześka za rękę i pognali z pola mojego wzroku. Szczerzyłem się jak głupi do sera, do końca zmiany. Boże, dziękuję Ci za święta! Wiem, że nie jestem najgrzeczniejszy i najmilszy, ale chciałbym, żeby Kornel coś do mnie czuł. Parsknąłem śmiechem uświadomiwszy sobie, że prawdopodobnie się zadłużyłem. Ja! Co te chłopak ze mną wyrabiał, że właśnie takie rzeczy musiałem sobie uświadamiać.
Moja praca zbliżała się ku końcowi. Dzień przed Wigilią było sporo klientów, więc nie miałem czasu nawet dobrze napić się herbaty, a co dopiero zamienić z jakimś znajomym chociaż słowo. Ludzie poszaleli i na ostatnią chwilę po choinki przyleźli. W sumie to im się nie dziwiłem. Też bym tak zrobił, by mieć jak najświeższą choinkę, która dłużej postoi.
I nastała Wigilia. Ostatni dzień pracy. Miałem dzisiaj stać z choinkami samotnie, ponieważ mój zmiennik już wyjechał, a ja skoro zostawałem, w swojej łaskawości, wziąłem jego zmianę. I tak oto Panie i Panowie, łaziłem między tymi choinkami i pakowałem je wszystkim, którzy tego chcieli. Wigilia zawsze wzorowała się tym, że wyprzedawaliśmy choinki niemal 50% taniej od ceny wyjściowej, nie wszystkie, ale większość drzewek znacznie potaniała. Nawet w taki dzień ludzi kupowali drzewka, by w domu w świątecznej atmosferze je przyozdobić różnymi pierdołami. Padał śnieg i atmosfera na dworze robiła się naprawdę przyjemna. Czuć było, że to święta. Może nie było jakoś przeraźliwie zimno i pewnie do wieczora po śniegu nie zostanie nawet ślad, ale skupmy się na pozytywach – zawsze lepsze to niż deszcz. Uśmiechnąłem się podając ostatniemu klientowi zapakowaną choinkę i życząc Wesołych Świąt. Zbliżała się godzina 14 i koniec mojej dniówki. Szef miał pojawić się koło godziny przed zamknięciem, więc miał już poślizg. Pewnie coś się stało w postoję trochę dłużej. Westchnąłem i zasiadłem na swoim krzesełku z kubkiem herbaty. Na horyzoncie wypatrzyłem już Grześka z Kornelem, którzy zmierzali w moją stronę. W ciągu ostatnich dwóch, może trzech dni, nie miałem czasu zamienić z nimi nawet słów. Nie tylko przez nadmiar pracy – w końcu jej tyle nie było – ale przez Kornela, który zwyczajnie nawiewał kiedy mnie widział. Zabierał Grześka i czmychał, jak spłoszone zwierzę. Uśmiechnąłem się w ich stronę i pomachałem ręką.
- Cześć Miłosz – powiedział Grześ, a Kornel tylko skinął głową.
- Się uparł i przylazł kupić u ciebie choinkę – dodał po chwili starszy z braci.
- To świetnie, bo zaraz zawijam manatki i spadam na chatę – powiedziałem wstając.
Grzesiek wlazł między choinki i tyle go widzieliśmy.
- Się uparł, ojciec nie długo ma zajechać po nas z tą choinką, więc może do tego czasu jakąś wybierze – przerwał ciszę Kornel.
- Znając Grześka, to marne szanse.
- Ta, też tak myślę.
I nastała cisza przerywana jedynie co jakiś czas cichym zachwytem dobiegającym gdzieś, skądś. Kornel widocznie skrępowany, ja nie bardzo wiedziałem co powiedzieć. Pewnie możemy się więcej nie spotkać, bo w końcu Kornel studiuje w innym mieście. Nie wiedziałem, czy chcę ryzykować. Nigdy nie byłem w takiej sytuacji i nie czułem się pewnie. Musiałem wyglądać jak debil, bo Grzesiek, który stanął przed nami parsknął śmiechem.
- Wybrałem choinkę, jest idealna. I zmieści tonę prezentów od Mikołaja w tym roku – powiedział, kiedy się uspokoił i pociągnął nas do wybranego drzewka.
Choinka jak choinka, zwykła, prosta, nie wysoka. Nie różniąca się za wiele od ciągu choinek w tym miejscu. Ale skoro taką wybrał, to niech i ma. Zabrałem się za pakowanie drzewka i chwilę później podałem ją ojcu chłopaków.
- Jest i ona.
- Dzięki Miłosz – powiedział uradowany Grzesiek.
- Nie ma za co. I Wesołych Świąt dla wszystkich – powiedziałem, kiedy rodzina wpakowywała się już samochodu, poza Kornelem, który ociągał się z wejściem do auta.
Złapałem go za rękę i szepnąłem jedynie: „o 20 przy głównej choince” i odszedłem. Nie czekałem na reakcję młodego, bo nie widziałem sensu. Chodził mi po głowie i postanowiłem zaryzykować. Jeśli się nie pojawi, to przecież nic się nie stanie. Będę z tym musiał żyć, że ktoś mi się oparł. Byłem przerażony tym wszystkim. Pierwszy raz zaryzykowałem i liczyłem, że się opłaci. Liczyłem się z tym, że się nie pojawi, że nie odrzuci, czy będzie chciał tylko przyjaźni. Ale kiedy zbliżała się już godzina 20 byłem przerażony i niemal pewny, że się nie pojawi. Byłem pewny i z miną wisielca lazłem, a może pełzłem przez opustoszałe miasto. Jak się spodziewałem, po śniegu nie było śladu. Plusowa temperatura na zewnątrz i oczekiwane przez wszystkich, i tych małych, i tych dużych, białe święta poszły się jebać. Zaśmiałem się cicho. Światełka mieniły się na wszelkie kolory, ozdoby ze sklepów mrugały, w tle słychać było nawet jakaś świąteczną muzyczkę. Miasto się w tym roku jakoś szarpnęło, albo to mnie już odbiło i słyszę rzeczy, których nie słychać. Wariuję. Przeczesałem dłonią włosy i nim się spostrzegłem, stałem już przed choinką, wielką, ozdobioną lampkami choinką. Przegryzałem wewnętrzną stronę policzka z nerwów. Jak ja się denerwowałem, to pewnie nikt nawet nie wie. Sam nie wiedziałem, póki nie dostrzegłem go, biegnącego w moją stronę. Spojrzałem na zegarek, który wskazywał 20.30. Tak nerwowy byłem, że nawet nie zdałem sobie sprawy, że tyle czekałem.
- Przepraszam za spóźnienie, nie mogłem się wcześniej wyrwać – powiedział, kiedy stanął koło mnie i uspokoił oddech. – Myślałem, że już cię nie będzie.
- Pewnie nie powinno być. Wyrwałem cię ze świątecznego stołu, przepraszam.
- Nie przepraszaj, sam chciałem już wyjść. Nużyło mnie to wszystko.
Spojrzałem na niego i, o kurwa, zaryzykowałem po raz drugi w ciągu jednego dnia. Chwyciłem za ramiona i pocałowałem. Świat zawirował, kiedy oddał pocałunek. Kiedy się od niego odsunąłem, nie mogłem uwierzyć w to co się właśnie stało. Szczypnąłem się w dłoń, i cholera, to działo się naprawdę.
- Myślałem, że nie zajarzysz – mruknął Kornel z lekkim uśmiechem i czerwonymi policzkami. Cholera, wyglądał mega słodko i uroczo.
- Ja też. Wesołych Świąt – powiedziałem szczerząc się radośnie.
- Wesołych Świąt – odpowiedział i pocałował mnie. Święta są cudowne, zdecydowanie.
A w oddali słyszałem „All I want for Christmas is you…” Mariah Carey. Albo mi się zdawało.
*****
I to byłoby na tyle.
Dziękuję za wszystko i życzę Wam wszystkim wszystkiego najlepszego!
Oby Nam się wiodło i zdrowie dopisywało, a wówczas wszystko się ułoży. :D
Oby Nam się wiodło i zdrowie dopisywało, a wówczas wszystko się ułoży. :D
Notka niesprawdzana.
Niech Yaoi będzie z Wami xD.